Notowania na poziomie 48-49 procent dla partii rządzącej to w polskich warunkach rzadkość. Dotychczas prawidłowością było to, że politycy u władzy zużywali się błyskawicznie. W przypadku PO tego trendu nie widać. Donald Tusk i jego czołowi gracze trzymają się mocno.
Co ciekawe, ostatnie zamieszanie z senatorem Misiakiem na czele nie wpłynęło na sondaże tak, jak sugerowały tytuły prasowe.
Sondaże są też dowodem na to, że nasza scena polityczna w najmniejszym stopniu nie przypomina krajobrazu po bitwie. Kryzys gospodarczy, i owszem, majaczy gdzieś na horyzoncie. Nie dał się jednak wyborcom na tyle we znaki, by mógł przełożyć się na spadek poparcia. I znów okazuje się, że kryzysem żyją głównie media, nie politycy.
PiS po dość gwałtownym spadku wrócił do sondaży z 2007 r. Tu nie ma nic zaskakującego. Partia opozycyjna zawsze bazuje na potknięciach rządzących.
Sondaże tak na prawdę pokazały, że jego przyszłość stoi pod olbrzymim znakiem zapytania. Wprawdzie podobnie jak PSL orbituje ciągle wokół pięcioprocentowej granicy przeżywalności. Ludowcy pokazali jednak nieraz, że zawsze jakoś potrafią wygrzebać się spod kreski. W przypadku lewicy takiej absolutnej pewności juź nie ma.
Natomiast nie zgadzam się z zarzutami, że PO straciła ideologiczne podstawy, werbując ludzi zarówno z prawej, jak i lewej strony. Marian Krzaklewski na pewno nie zaszkodził tej partii. Może gdyby to były wybory krajowe, tożsamość partii zostałaby zaburzona. Skorto jednak chodzi o Parlament Eurpejski,