Od czasu przyznania nam organizacji piłkarskich mistrzostw Europy każdy przyjazd do Warszawy szefa UEFA Michela Platiniego urasta do rangi wizyty prezydenta poważnego mocarstwa. I nie ma co z tego kpić, bo .
UEFA przedstawiła nam lukratywną ofertę: zlecenie na przygotowanie swojego firmowego produktu. Sama na tym zarobi i nam też da się wzbogacić. Nie ma tu mowy o sympatiach, sentymentach czy jakiejś politycznej strategii, jest tylko czysty biznes. Etap, w którym trzęśliśmy się, czy Platini przypadkiem nie przyjeżdża po to, aby ogłosić, że odbierze nam Euro, szczęśliwie mamy już za sobą.
. Zdaniem polityków jest nawet tak dobrze, że uprawnia to do gry na czas. Najnowszy pomysł, aby odwlec decyzję UEFA w sprawie ostatecznego wyboru stadionów, taktycznie wydaje się całkiem niezły. Po kilku następnych miesiącach dysproporcje między tym, co udało się zrobić w Polsce, a ty, co na Ukrainie, mogą okazać się tak duże, że Platini wskaże na stadion w Krakowie czy Chorzowie kosztem Lwowa czy Doniecka.
Jest to wersja mało prawdopodobna i najpewniej wszystko będzie tak, jak planowano (UEFA ma bowiem realny interes w tym, aby zdobywać rynki w obu krajach, a nie tylko jednym). Gra w tej sprawie ma jednak sens i na pewno leży w interesie Polski. Może przecież oznaczać dodatkowe gigantyczne zyski, których nie zakładaliśmy, uwzględniając proporcjonalny podział miast organizujących mistrzostwa w obu państwach.
A że niewiele ma to wspólnego z fair play, bo .