Nelli Rokita: To śmieszne, że to robią. Ja mam wrażenie, że zaczęto mówić o tym od czasu słynnej azjatyckiej choroby Aleksandra Kwaśniewskiego. Politycy zaczęli się zastanawiać, jak i
kiedy pić. Ja sama jestem raczej abstynentką, ale lubię alkohol i nie widzę w tym nic złego w tym, że politycy i dziennikarze spotykają się i mają przed sobą butelkę winę czy popijają
wódkę. Alkohol jest dla ludzi. Ja tam zresztą lubię szczególnie mężczyzn po wódce.
To jest efekt obserwacji z 15 lat bycia w polityce najpierw obok męża, a teraz osobiście. Kiedyś wydawało mi się, że to dziennikarze więcej piją. Ale jak widzę teraz swojego męża
spotykającego się z dziennikarzami, a nie politykami, i sama spotykam się częściej z dziennikarzami, to odnoszę wrażenie, że jest przeciwnie. Chyba musicie więcej pracować i dlatego mniej
pijecie. Politycy mają najwidoczniej więcej czasu na picie i więcej okazji.
Nie można powiedzieć, że jedni piją więcejm a drudzy mniej. Naturalnie im wyżej ktoś jest w hierarchii, tym mniej pije. Przecież gdyby nie spotkania oficjalnem nikt nie zauważyłby, że
Kwaśniewski pije. Zresztą dziś to pijaństwo w polityce jest bardziej ukryte. Dopiero następnego dniam siedząc w ławach sejmowychm obserwuję, jak jakiś polityk, minister trzyma się za
głowę, źle się czuje, ma kaca. Widać czasem po niektórych, że mieli ciężki wieczór. Ale to nie jest problem. Nie ma pijanych polityków i nie ma chyba kogoś, kto miałby poważny problem
alkoholowy. Politycy piją dziś raczej mniej, a przede wszystkim w sposób bardziej wyrafinowany, ostrożniej.
Ja tam nie ukrywam, że lubię wódkę i też nie ukrywam, że teraz jako polityk trochę więcej piję wódki, choć wciąż w takich małych ilościach, że wszyscy się ze mnie śmieją. Ale jako
polityk mam więcej okazji. I nie ma co udawać: wszyscy politycy trochę piją, trzeba tylko zachowywać się tak, żeby tego nie było widać. Zresztą przecież premier z prezydentem, dogadując
się w sprawie ustawy kompetencyjnej, sami chyba ostatecznie przyznali się do kilku butelek wina. A ustawy zresztą wciąż nie ma.