Stając przy boku Jarosława Kaczyńskiego w kampanii do europarlamentu Zyta Gilowska przyniosła mu pierwszą od miesięcy naprawdę dobrą wiadomość. Od dawna Prawo i Sprawiedliwość kojarzyło się z tonącym statkiem. Opuszczanym przez kolejne osobistości, często w atmosferze frustracji i złorzeczeń. Teraz wraca postać kojarząca się ze złotymi czasami braci Kaczyńskich. Tak przeciez nieodległymi, a nieomal całkiem zapomnianymi.

Komentatorom zachwycającym się sprawnością, z jaka Donald Tusk zgromadził wokół siebie "całą Polskę" - od Danuty Huebner po Mariana Krzaklewskiego przypomnę, że kiedyś całkiem pojemny obóz rządowy, szerszy niż sam PiS, udało się zbudować Kaczyńskim. Na pokładzie byli Borusewicz i Sikorski, Jurek i Marcinkiewicz, Gilowska i Religa, Płażyński i przez moment nawet Stefan Meller. Większość zniknęła, czasem z powodu wypadków losowych, ale częściej - zatargów z numerem jeden (a może z numerami jeden, bo w wielu konfliktach uczestniczył prezydent). Można się zastanawiać co zdecydowało w większym stopniu o tej erozji - przegrana projektu Kaczyńskiego w starciu z rzeczywistością, czy jego niezręczność w relacjach z ludźmi. Gilowska odeszła jako jedna z ostatnich. Teraz wraca - energetyczna, pełna woli walki, błyskotliwa. Żywe przypomnienie chwili, kiedy bycie "za Kaczorami" nie przynosiło jeszcze wielkiego obciachu.

To niewątpliwe wzmocnienie - na pewno wizerunkowe, pytanie czy merytoryczne. PiS staje sie mniej zaściankowy, plebejski, odwrócony od inteligencji - nawet jeśli przeciwnicy znajdą niejedną okazje aby pania profesor do finansów pomniejszyć i ośmieszyć.

Oczywiście z Gilowską łączą się też kłopoty. Dzisiejsze PiS to partia rozgoryczonych stoczniowców, pełniąca w sprawach społecznych funkcję lewicy. Była wicepremier kojarzy się zaś z obniżkami podatków ludziom zamożnym, z ekonomicznym liberalizmem, i ta sprzeczność będzie pewnie wytykana bardzo brutalnie. Ale takie niespójności wybacza się łatwo każdej dużej partii - właśnie w imię wrażenia, że tym jest silniejsza im bardziej pojemna i "ogólnonarodowa". Im lepiej imituje "całą Polskę". Zachodnie socjaldemokracje też mają ludzi od finansów, którzy umieją dbać o państwową kasę.

Co innego powinno martwić Kaczyńskiego bardziej. Przy wszystkich talentach, Zyta Gilowska kilka razy realnie mu zaszkodziła. Broniąc jej w dyskusyjnej sprawie lustracyjnej nagiął swoje podobno twarde zasady, których nie chciał ostatnio nagiąć choćby dla Marcina Libickiego. W ostateczności była wicepremier okazała się też osobą, na którą nie zawsze można liczyć. Zmęczona, wypalona przez politykę, opuściła PiS-owski pokład wprawdzie bez kłótni, ale w momencie niedogodnym. Potęgując wrażenie, że liderowi wszystko się sypie.

A jednak Kaczyński zaryzykuje kolejny eksperyment z ta trudna kobietą, i to nie tylko dlatego, że jest ona jednym z nielicznych dawnych współpracownikow szczerze przez niego lubianych. Przede wszystkim dlatego, że mimo chwilowych rozczarowań akurat im dwojgu udało się szczęśliwie uniknąć wzajemnej nielojalności. To w polityce polskiej wręćz ewenement. A poza tym co prezes PiS ma do stracenia? A do zyskania sporo.