Premier chciałby jednak wziąć udział w gdańskiej mszy, ale arcybiskup Głodź nie wie, czy to możliwe. Prezydent będzie zaproszony na szczyt Wyszehradzki na Wawel, ale nie wie, czy tam pojedzie, bo chce być przede wszystkim w Gdańsku. Czy Lech Wałęsa będzie w którymkolwiek z tych miejsc – tego to już szczególnie nie wiadomo. Historyczny lider „Solidarności” jest wszak obrażony na cały naród. I tak dalej, i tym podobnie.
Czy o tak zdumiewająco szybkim odwrocie zdecydowały jakieś inne okoliczności? Obawa przed zbyt niską rangą zagranicznych delegacji, którą łatwiej wytłumaczyć, gdy wszystko będzie w proszku? Zakłopotanie destrukcyjną postawą Wałęsy, którego Tusk próbował za wszelką cenę przejednać? A może pogodzenie się z faktem, że liberalny rząd, choćby i popularny, nie odzyska święta „Solidarności” zawłaszczonego przez obecne związki i przez prawicę?
Mogli odciąć się od takich uwag jak ta, że na Wawelu będzie ZOMO. Mogli wbrew oczywistym interesom opozycji na pięć minut przed eurowyborami spróbować na chwilę rzeczywistego pojednania. Prezydent zgłasza się na mediatora, ale nie słyszeliśmy jednej jego wypowiedzi, która pozwoliłaby zwaśnionym stronom wyciągnąć do siebie ręce. Związkowcy mają prawo do swoich emocji. Od liderów politycznych oczekiwalibyśmy czegoś więcej.
Wszyscy przeoczyli tylko jedno. To mianowicie, że . Nas na głupotę po prostu nie stać.