Jest rzeczą brzydką, gdy politycy Libertasu przemianowani nagle na speców od mediów, manipulują publiczna telewizją aby pomóc swoim kandydatom w zwycięstwie. Tak jak było rzecza brzydka, gdy probowali to robić kiedys ludzie SLD. PSL, Unii Wolnosci (pózniejsi platformersi) czy ostatnio ludzie PiS.
Tym niemniej w jego krytyce pobrzemiwaja tony, które mnie niepokoja. Jak wówczas, gdy Hanna Lis komentując naciski na nią ze strony kierownictwa TVP tlumaczyła, że formacja eurosceptyczna to margines, więc po co dawac jej głos. W wielu komentarzach politykow mainstreamowych partii i czołowych dziennikarzy pojawia sie wspólna sugestia: jak oni śmią domagać sie obecności, skoro maja około 1 procenta poparcia.
Dlatego, ze w sporze o Unię Europejska prezentuja istotna alternatywę w stosunku do poglądów głównych sil politycznych i maja prawo te poglądy prezentować obywatelom. Argument, ze są w tej chwili słabi zawsze jest używany wobec idei nowych albo antyestablishmentowych. Skoro teraz toczy sie debata o kształci i przyszłości Unii, nie powinno w niej zabraknąć tych, którzy mówią: ten kierunek, jaki obraliście, jest zły. Traktat Lizboński jest zły. To trzeba inaczej.
Mnóstwo idei i pomysłów - od praw wyborczych kobiet po progresywne opodatkowanie, cieszyło się kiedyś małym poparciem i przebijało stopniowo. A dziś są to zasady traktowane jako niewzruszone.
Były prezydent nie zasługuje na potępienie, bo zdecydował się na popieranie Libertasu. Poza ekstremistami wielbiącymi przemoc i siłę, każda formacja ma prawo do promowania własnych idei. Jego nieszczęściem jest to, że rano mowi co innego, a wieczorem co innego, co naraża i jego i nas Polaków na śmieszność. Ale flirt z Ganleyem nie jest sam w sobie zbrodnią. Choć można z nim polemizować jak najostrzej. Ale nie odmawiać prawa do istnienia.