Słowa Moniki Jaruzelskiej, jakoby współczuła dzieciom Lecha Wałęsy i sama była zwykle w lepszej niż one sytuacji, wprawiły mnie w pewną melancholię. Melancholię, że tak powiem, związaną z konstatacją cykliczności spraw tego świata.
. I ponownie może im współczuć - jak to z pewnością czyniła w czasach, gdy dzieci Wałesy nie były pewne, czy ich tata wróci wieczorem do domu - świat roił się bowiem od nieznanych sprawców. To były naprawdę trudne czasy, ale istotnie trudno się nie zgodzić, że Monika Jaruzelska była jednak w nieco lepszej sytuacji.Niewątpliwie poruszające są słowa Jaruzelskiej: "Sama również znalazłam się w podobnej sytuacji jak Jarosław Wałęsa i jego rodzeństwo - miałam jednak o tyle łatwiej, że mój ojciec był i jest w 100 proc. przewidywalny i jego priorytety się nie zmieniają - zawsze można się było domyślać, jakie będzie jego następne posunięcie, co powie, po czyjej stronie stanie.
Różnie to było oczywiście oceniane i komentowane, ale wiem, że nie wyskoczyłby z tym, że z kimś innym występuje.". Trudno się nie
zgodzić. Nie ulega wątpliwości, że bez pudła można się było domyślać, po czyjej stanie stronie.
Ba, nie trzeba się było domyślać - było to dość jasno i dobitnie sprecyzowane. Z naciskiem na dobitnie. I z całą pewnością jej ojciec nie wyskoczyłby z tym, że z kimś innym występuje -
nie, on występował zawsze z tymi samymi, i - dodajmy - przeciw tym samym. Co zresztą mogło się dla tych ostatnich skończyć mało przyjemnym spotkaniem z nieznanymi sprawcami. A zresztą, kiedy
z czymś wyskoczył w 1981 roku, to od razu znalazł dla swojej inicjatywy silne poparcie medialne. Dla porównania, w tym samym czasie media znacznie mniej przychylnie traktowały inicjatywy Lecha
Wałęsy. A więc pod tym względem sytuacja Moniki Jaruzelskiej rzeczywiście była lepsza niż sytuacja dzieci Wałęsy.
Zresztą, nowe poglądy Wałęsy są też niepoprawne politycznie. Trudno nie dostrzec, że Jaruzelska i na tym polu miała jednak łatwiej - .