I stało się. Rząd przedstawił wczoraj swoje założenia w sprawie nowelizacji budżetu. Założenia, które odzwierciedlają kondycję nie tylko budżetu, ale także polskiej gospodarki. Łączą się z tym poszukiwania dodatkowych pieniędzy dla budżetu z dywidend spółek Skarbu Państwa i kolejnych oszczędności.
Co to wszystko pokazuje? Nie dają jakichś większych powodów do hurraoptymizmu, ale stan finansów naszego państwa nie jest też katastrofalnie zły. Owszem, doszło do tego, przed czym rząd się bronił, czyli znaczącej podwyżki deficytu. 27 miliardów wobec nieco ponad 18 twardo planowanych wcześniej to spora różnica. Można oczywiście na siłę odczytywać ją jako porażkę czy dramatyczną pomyłkę rządu. niezależnie od tego, czy w jego składzie zasiada Jacek Rostowski, Zyta Gilowska, czy Grzegorz Kołodko. W dodatku trzeba pamiętać, że w czasach znacznie lepszej koniunktury gospodarczej operowaliśmy deficytem, który był jeszcze wyższy – tzw. kotwica Belki zakładała aż 30 mld zł.
Z jednej strony werbalna obrona deficytu i innych założeń budżetu nie udała się, bo udać się nie mogła. To minus. Ale z drugiej strony – czy po wczorajszej konferencji ministra Rostowskiego rynek zadrżał ze strachu, tąpnęła giełda albo złoty poleciał na łeb na szyję? Nic z tych rzeczy. Rząd doczekał do momentu względnej stabilizacji. A rynek zamiast wszechobecnej jeszcze kilkanaście tygodni temu paniki zareagował obojętnością.
Prawdziwe wątpliwości w sprawie tego, co ogłosił wczoraj minister Rostowski, można mieć co do czegoś zupełnie innego. Po pierwsze do owego ratunkowego zasilania budżetu dywidendami ze spółek Skarbu Państwa. Jako doraźne łatanie państwowej kasy może to okazać się skuteczne. Ale czy jako działanie strategiczne? Mam wątpliwości. To źle, mimo niedawnych obniżek wciąż nie jesteśmy krajem, gdzie fiskus łagodnie traktuje firmy i swoich obywateli. A kolejne zwiększenie daniny mamy już chyba w kieszeni.