Wczorajsza bitwa pod najsłynniejszym w Polsce Pałacem Kultury i Nauki stojącym na warszawskim placu Defilad przejdzie niewątpliwie do historii walk toczonych w stolicy. Owiana będzie jednak nie legendą dumy i chwały, ale wstydu.

Reklama

Bo wstydzić się powinni wszyscy uczestnicy tej bitwy. Władze administracyjne i polityczne Warszawy, policja, firma ochroniarska, przedstawiciel sądownictwa w osobie komornika i wreszcie handlarze broniący rubieży blaszanej hali, w której mieściły się Kupieckie Domy Towarowe. W tej bitwie nie było nikogo bez winy. Jednocześnie wczorajsze całodzienne potyczki obnażyły słabość państwa, które po raz kolejny dowiodło, że nie potrafi skutecznie i sprawnie wyegzekwować własnych postanowień i decyzji. Nawet sądowego wyroku.

Gdybyż to jeszcze można było złożyć na karb kompletnego zaskoczenia. Ale nie można. Dla postronnego nawet obserwatora śledzącego konflikt między miastem stołecznym Warszawa a kupcami, którzy mieli swe drobne, ale pewnie też intratne interesy w owych KDT, nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że spór staje się coraz bardziej natężony. Że postawa władz stolicy, a ściśle, prezydenta Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz wywołuje wśród kupców ogromne rozgoryczenie, przeradzające się we wściekłość. I że obydwa uczucia będą szukać ujścia w momencie, kiedy komornik przyjdzie, aby z ich miejsca pracy wykurzyć ostatecznie i nieodwołalnie.

Kiedy przez cały poniedziałek napięcie rosło, a kupcy zapowiadali, że będą bronili swych stoisk „do ostatniej kropli krwi”, urzędnik z warszawskiego ratusza wbrew realnej sytuacji i zdrowemu rozsądkowi gaworzył niczym dziecię ze smoczkiem w buzi: „Mamy nadzieję, że będzie spokojnie”. W żaden więc sposób nie da się usprawiedliwić zlekceważenia przez władze stolicy zagrożeń, jakich należało się spodziewać w czasie „zdobywania” hali przez komornika. Z niezrozumiałych dla mnie powodów podobną postawę wykazał sąd, który chcąc zabezpieczyć czynności komornika, wynajął firmę ochroniarską. Ochroniarze są chojrakami, kiedy z holu jakiejś instytucji trzeba wyprowadzić natręta. I jest ich trzech na jednego. Ale kiedy natrafiają na zdecydowany opór, nie starcza im ani konceptu, ani umiejętności. Sięgnęli więc do najprostszego środka – gazu łzawiącego. To jednak nie wystarczyło do opanowania hali. Dopiero wtedy wezwano policję, która powinna tam była być od początku. Dotychczasowa żenująca zadyma zamieniła się wtedy w regularną bitwę policji z kupcami. Również policji nie starczyło kwalifikacji, by zdobyć halę bez użycia gazu. Kiedy zaś już ją zdobyła, kupcy rozpoczęli walki uliczne.

Na miejscu tych kompromitujących wydarzeń ani władze stolicy, ani policja nie spróbowały nawet podjąć negocjacji z zapiekłymi i i rozsierdzonymi kupcami. A to wszak elementarz każdej tego rodzaju kryzysowej sytuacji. Zamiast tego Hanna Gronkiewicz-Waltz zorganizowała konferencję prasową, podczas której z typową dla siebie bezdusznością i arogancją zaatakowała po raz kolejny kupców.

Nikt nie podważa tego, że prezydent Warszawy działała w słusznej sprawie. Czy zrobiłaby się dziura w niebie, gdyby wykazała trochę pokory? A także zrozumienia dla walczących o swój byt handlarzy?