Eugeniusz Smolar
Prezes Centrum Stosunków Międzynarodowych
W Polsce prezydent, rząd i szerokie grono publicystów opowiadają się za polityką historyczną, czyli przeniesieniem w przyszłość symbolów przeszłości: tradycyjne,
patriotyczne wartości służyć mają wzmocnieniu wspólnoty narodowej i państwa w obliczu koniecznej modernizacji oraz jednoczącej się Europy i globalizacji.
W Niemczech Związek Wypędzonych i Erika Steinbach, ale i politycy czy pisarze o różnej politycznej afiliacji, twierdzą, że upamiętnienie historii wypędzonych nie jest państwowym
projektem politycznym mającym na celu reinterpretację historii, lecz ukazaniem rodzinnego bólu po nieodwołalnej stracie ich położonego na Wschodzie Heimatu, wpisanego – po
presji międzynarodowej – w los wszystkich wypędzonych w XX wieku.
Polacy protestują przeciwko oderwaniu losu niemieckich wypędzonych od niemieckiego barbarzyństwa II wojny światowej i ich konsekwencji dla Polski oraz wielu innych państw i narodów.
Nieprawdziwe są twierdzenia, że dotychczas milczano w Niemczech o wypędzonych. Niemal w każdym zachodnioniemieckim mieście są miejsca pamięci i muzea utrzymywane od lat 50. za pieniądze
federalne lub landów. Obecnie, ponad 60 lat po wojnie, Związek Wypędzonych dąży do wprowadzenia problemu jako fragmentu oficjalnej polityki RFN. Udział przewodniczącego Bundestagu w
otwarciu wystawy „Wymuszone Drogi. Ucieczka i wypędzenie w Europie XX wieku” w Berlinie oraz różnorodnego politycznie grona działaczy perspektywę tę
przybliża.
Uspokajają oczywiście oficjalne deklaracje, że majątkowe roszczenia prawne nie będą cieszyć się poparciem władz państwowych. Jest to jednak zaledwie minimum minimorum. Rząd i
główne partie polityczne w RFN winny mieć świadomość, że dobre stosunki z Polską zależą od ścisłego oddzielenia działań społecznych Związku Wypędzonych od polityki
państwa. Polska, choć najgłośniejsza, nie jest bynajmniej w Europie osamotniona w tej kwestii.
By jednak umocnić swoje możliwości oddziaływania na niemiecką i europejską opinię publiczną, rząd RP winien wpisać problem wpływu historii na rzeczywistość w szerszy kontekst
stosunków z RFN. Nie unikać bynajmniej jego podejmowania, ale nie czynić go centralnym dla wzajemnych stosunków. Skuteczność zależy jednak od obecności i udziału, a nie
od samoizolacji i bezsilnych protestów z oddali.
Szybko okazało się, że drugi poważny problem, Gazociąg Północny, nie sprowadza się do stosunków rosyjsko-niemieckich, lecz jest związany z potrzebami energetycznymi
wielu krajów. W miejsce nieskutecznych protestów i wątpliwych porównań historycznych Polska winna skupić się na zdobyciu poparcia dla własnych koncepcji
politycznych (i energetycznych). Efektywność działań zależy od możliwie najbliższych, nacechowanych pragmatyzmem, stosunków z praktycznie wszystkimi stolicami europejskimi oraz z
Komisją Europejską.
Obecnie, mimo informacji o rozmowie telefonicznej z prezydentem Juszczenką i spodziewanym spotkaniu z prezydentem Bushem, Polska uległa marginalizacji w polityce europejskiej. Na własne życzenie.
Politykę symboliczną i histeryczną muszą zastąpić konsultacje międzyrządowe podejmujące najważniejsze problemy przyszłości Europy. Tylko będąc aktywnym aktorem polityki europejskiej
Polska może skutecznie rozwiązywać specyficzne problemy z sąsiadami. Jak najbliższe stosunki z Niemcami – mocno stwierdzał niedawno Zbigniew Brzeziński – są
źródłem wpływów Polski w Waszyngtonie oraz w przyszłości być może i dobrych stosunków z Moskwą.
Piotr Semka
publicysta
W splocie wydarzeń, które od dłuższego czasu paraliżują stosunki polsko-niemieckie widać, jak słabe było po obu stronach przygotowanie po 1990 roku na sytuację
kryzysową. Na pewno na polskiej prawicy nie było silnego środowiska, które prowadziłoby dialog z Niemcami, ale z drugiej strony widać, jak bardzo Niemcy w prowadzeniu swojej polityki
wobec Polski skupili się na środowiskach dawnej Unii Wolności i SLD, zaniedbując relacje ze środowiskiem dzisiaj rządzącym w Polsce. W rezultacie brak tradycji, nawyków i ludzi,
którzy potrafiliby w takich sytuacjach łagodzić stosunki Warszawa – Berlin. Niemieckie elity polityczne, zarówno CDU i SPD, uznały, że dominacja środowisk UW i
postkomunistów będzie w Polsce tendencją trwałą i niespecjalnie zadbały o rozwinięcie kontaktów z prawicą. Polska prawica z kolei nigdy serio nie zadała sobie pytania,
jaki ma własny pomysł na stosunki polsko-niemieckie.
Dziś na ten brak porozumienia nałożyła się pewna wyrazista zmiana w Niemczech, polegająca na odrodzeniu się „narodowego podejścia do historii” i narastającego poczucia
pewności w kształtowaniu niemieckiej tożsamości. Symptomy tej zmiany zaczęły być widoczne około 1998 roku i skłoniły niemieckich polityków zarówno prawej, jak i lewej
strony do konsensusu w sprawie potrzeby pamięci o wypędzonych jako elementu świadmości historycznej RFN. Tę koniunkturę doskonale wykorzystała Erika Steinbach.
Mamy więc sytuację, w której z obu stron oglądamy nakręcanie się spirali wzajemnych pretensji. Przykładowo można dyskutować, na ile zasadne było odwołanie wizyty Kazimierza
Marcinkiewicza w Berlinie, skoro w tym samym czasie krytyczną opinię o otwartej tam wystawie wyraził już głośno premier Jarosław Kaczyński. Z drugiej strony ton komentarzy w wielu gazetach
niemieckich przekracza powszechnie przyjęte granice. Nie można w tak lekceważący sposób kwitować polskich wątpliwości wobec wystawy Eriki Steinbach, która w dodatku jest
w pewnym stopniu uwiarygadniana przez niemiecki rząd.
Zderza się tu ton pewnej arogancji ze strony niemieckiej z ogromną i nieraz zbyt daleko idącą wrażliwością strony polskiej. Sprawę komplikuje to, że polski rząd staje wobec ostrego tonu
prasy niemieckiej, co pozwala rządowi RFN unikać wejścia w konflikt. A jednak nie zmienia to istoty narastania zimnej wojny. Od niemieckich elit można wymagać krytycznej refleksji wobec tak
ostrych sformułowań, jak np. wczorajsze słowa „Berliner Zeitung” o „skandalicznym” zachowaniu premiera Kaczyńskiego. PiS zachęcałbym z kolei do dużej
ostrożności w sięganiu po kolejne gesty, które mogą jedynie podgrzewać atmosferę, takie jak odwołanie wizyty w Berlinie czy wzywanie Güntera Grassa, by zrzekł się
honorowego obywatelstwa Gdańska. Im bardziej krytykujemy Erikę Steinbach, tym oszczędniej należy stosować gesty wobec choćby Grassa, który mimo że ostatnio przychyla się do
głoszenia pamięci o wypędzonych, to jednak nie należy do dworu szefowej Związku Wypędzonych.
Podkreślić jednak należy, że ten kryzys zaczął się wskutek takich a nie innych przewartościowań po stronie niemieckiej. Zaakceptowanie powrotu kwestii wypędzonych, choćby w postaci
muzealnych ekspozycji, przywróciło nieufność po obu stronach Odry. Jeśli więc polskie reakcje są niekiedy zbyt szybko podejmowane lub zbyt emocjonalne, to jednak są to reakcje na
niekorzystną zmianę tonu dyskursu publicznego w Niemczech.
Zdzisław Najder
publicysta
Ostre reakcje najwyższych polskich władz państwowych przeciwko wystawie zorganizowanej przez Erikę Steinbach w istocie szkodzą Polsce. Polakom powinno zależeć przede wszystkim
na prawdzie, a do prawdy dochodzi się poprzez swobodną wymianę myśli. Ocena całej ekspozycji powinna należeć do historyków i dziennikarzy. Trzeba ją najpierw zobaczyć, a potem
dopiero szafować wyrokami. Warto zauważyć, że ekspozycja zawiera również działy poświęcone wypędzonym Polakom. Należy wskazać, jakie prezentowane tam elementy czy wątki,
zarówno polskie, jak i inne, są prawdziwe, a jakie fałszywe.
Władze RFN czy Berlina nie mogły oczywiście zakazać wystawy. Teraz Niemcy są zaniepokojeni tym, że instytucje polskie, które wypożyczyły eksponaty na wystawę, wycofują się w
obawie przed reakcją władz czy opinii publicznej. Wywiera to złe wrażenie, bo zastraszanie kogokolwiek zaprzecza obowiązującej zasadzie wolności słowa. Kartka z napisem „strona
polska wycofala eksponat” będzie wywierać fatalne wrażenie. Musimy przyjąć, że wszyscy – i Polacy, i Niemcy – mają prawo dyskutować o swojej historii. Podejmijmy
z Niemcami otwartą dyskusję. Nie między premierami czy ministrami, ale między historykami i publicystami. To będzie właściwa reakcja. Niestety na świecie, nie tylko w Niemczech, tworzy się
opinia, że władze polskie po prostu nie chcą przyznać, iż także inne narody poza Polakami były podczas II wojny światowej ofiarami wypędzeń. Przedstawiciele rządów nie powinni
zabierać głosu w tej sprawie, chyba że zostaną wprost zapytani. Powinniśmy wypracować sobie opinię narodu, który dopuszcza otwartą dyskusję o własnej i cudzej przeszłości, a
nie obraża się z góry. To jest sprzeczne z naszym interesem narodowym. Ten rząd i tak ma za granicą złą opinię wskutek obecności ministrów ze skrajnych ugrupowań. Teraz
dolewamy tylko oliwy do ognia.
Adam Krzemiński
publicysta „Polityki”
Teoretycznie rozwiązanie polsko-niemieckiego sporu wokół Centrum przeciwko Wypędzeniom jest proste. Należy oddzielić kwestię Centrum od sporu ze Związkiem Wypędzonych. I obie
potraktować bardziej rzeczowo i mniej emocjonalnie. Polityka obrażania się i odmowy dialogu jedynie ośmiesza i izoluje Polskę.
I w polskim, i w niemieckim interesie jest stała ekspozycja, która nie fałszując faktów, pokaże tragedię wypędzonych, wysiedlonych i deportowanych ze swych stron
ojczystych w XX wieku. Dobrym punktem wyjścia jest bońska wystawa „Ucieczka, wypędzania, integracja”, którą należałoby jak najszybciej ściągnąć do Warszawy,
by ułatwić rzeczową dyskusję. Następnie w ramach zainicjowanej przez Johannesa Raua i Aleksandra Kwaśniewskiego „Sieci Pamięć i Solidarność” Polska powinna uczestniczyć
w przygotowaniu stałej wystawy w berlińskim Niemieckim Muzeum Historycznym.
Natomiast spór wokół Związku Wypędzonych i osoby Eriki Steinbach również stosunkowo łatwo można prowadzić bardziej racjonalnie. Zamiast powtarzać frazeologię
lat sześćdziesiątych, gdy granica nie była uznana, a Republika Federalna była straszakiem z wrogiego obozu militarnego, trzeba sobie odpowiedzieć, jakiej postawy Polska oczekuje od Związku
Wypędzonych: krytycznej analizy przeszłości oraz wyraźnego zaprzestania jakichkolwiek roszczeń. Co w zamian za to możemy zaoferować? To, co pomyślnie zaczęło się w latach 90.:
współpracę w rozszerzonej prezentacji historii regionalnej na naszych ziemiach zachodnich. W końcu przecież nawet postrach PRL, Herbert Hupka, otrzymał za pomoc w uzyskaniu
środków na oczyszczalnię ścieków medal honorowy swego rodzinnego miasta Raciborza.
Rozwiązanie tego drugiego sporu jest trudniejsze niż pierwszego, ale możliwe i dawałoby prawicy mocną pozycję jako strażniczki po europejsku rozumianych narodowych interesów. Ale
nasza prawica nie potrafi przeskakiwać własnych cieni...
Paweł Zalewski
przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu
W stosunkach polsko-niemieckich widać od pewnego czasu symptomy kryzysu spowodowanego próbą rewizji historii Niemiec i powrotem przez Berlin do prowadzenia polityki o silnym zabarwieniu
narodowym. Najgorsze jednak, co się może dziś dziać, to utrata pewnych proporcji zarówno po stronie niemieckiej, jak i polskiej. Trzeba starać się utrzymać dyskusję na odpowiednim
poziomie: czynniki oficjalne dyskutują ze sobą i robią to kanałami dyplomatycznymi, a opinia publiczna ma prawo to komentować i o tym dyskutować. Życzyłbym więc sobie ostudzenia emocji, ale
bez rezygnowania z jednoznacznego formułowania polskich oczekiwań – to jest możliwe. Dziś trzeba dążyć do redukowania emocji bez redukowania merytorycznej strony sporu i polskiego
punktu widzenia. Dyskusja musi jednak wrócić na poziom właściwy dla takich sporów. Dziś bowiem sytuacja wygląda tak, że dyskusję z polskimi władzami prowadzą media.
Władze powinny prowadzić dialog z władzami. Wolałbym, by np. na wczorajsze słowa „Berliner Zeitung” nie było oficjalnej reakcji, bo oficjalne reakcje powinny być powodowane
wystąpieniami oficjalnymi drugiej strony bądź wydarzeniami o bardzo poważnym ciężarze gatunkowym. Żadne z tych wystąpień, na które polska władza ostatnio reagowała, nie było
takim wydarzeniem.
Oczywiście jednak przy wolności słowa i prasy są publikacje, które niepotrzebnie windują emocje i nie służą polsko-niemieckiemu dialogowi i temu zaprzeczyć się nie da. Tę wojnę
na emocje obie strony powinny chcieć zakończyć, i to zarówno na poziomie politycznym, jak i publicystycznym. Trzeba normalnie i bez emocji zacząć rozmawiać o prawdziwych problemach.
Polska strona powinna też poważnie zająć się długofalową pracą nad kształtowaniem zapowiadanej od dawna polityki historycznej. Standardem na całym świecie jest np. dofinansowanie przez
rządy publikacji mających przedstawiać nasz opis historii. Takie publikacje powinny trafić na niemiecki rynek tak, by Erika Steinbach nie miała monopolu na opis historii II wojny światowej.
Powinniśmy też wzmóc prace w ramach europejskiej sieci „Pamięć i solidarność”, gdzie obok Polski zasiadają Niemcy, Słowacy i Węgrzy. Jeżeli nawet na tak
demokratycznym forum nie wykazujemy inicjatywy, to trudno oczekiwać sukcesów polityki historycznej.
Mam też jednak wrażenie, że wobec niewątpliwego kryzysu władze Niemiec pozostają bezczynne. Ja bym oczekiwał, by swoją opinię na temat sporu wokół wystawy Eriki Steinbach
wyraziły istotne środowiska niemieckich elit. Na razie słychać krytyczne głosy socjaldemokratów, ale już chadek Norbert Lammert, szef Bundestagu, wziął udział w otwarciu tej
wystawy. Jestem bardzo ciekaw, jakie jest stanowisko rządzącej dziś CDU i pani kanclerz Angeli Merkel w tej sprawie. Myślę, że oczekiwanie na jej komentarz jest zasadne, tym bardziej że z
polskiej strony głos zabrał premier. Jeżeli w dodatku prawdziwe są doniesienia, że rząd niemiecki współfinansuje tę ekspozycję i bierze za nią
współodpowiedzialność, to wzywałbym do poważnego zastanowienia i rewizji tego stanowiska.