Daliśmy się nabrać, a przebieranka gołym okiem była widoczna! Jak wygląda typowy, a nawet stereotypowy pisarz? Ściślej: jak wygląda człowiek przebrany za pisarza? Wygląda on mianowicie
w ten sposób, że ma na sobie sztruksowe portki, rozpiętą pod szyją (przeważnie z teksasu) koszulę, tweedową marynarkę, nosi okulary i pali fajkę. Przyjrzyjcie się Grassowi.
Zgadza się? Jakbyście poszli do jakiejkolwiek garderoby teatralnej i poprosili o operetkowy w swej sztampowości „strój pisarza” – Grassowski zestaw byście
otrzymali.
Najprawdopodobniej było tak: wojna się skończyła, Grass w panice zrzucił w przydrożnych zaroślach esesmański mundur i przebrał się w to, co akurat znalazł w splądrowanym przez własny
oddział pobliskim domostwie: jakaś marynarka, jakieś portki, jakaś sportowa, uszyta z alianckiego spadochronu koszula, jeszcze dla zmyły faja w zęby, brille na oczy i auf Wiedersehen! Auf
Wiedersehen, Waffen SS!
Jak gość się zorientował, że wygląda jak rasowy Schriftsteller, że nikomu do łba nie przyjdzie, że ten tu poważny intelektualista o przenikliwym zza okularów spojrzeniu jeszcze
wczoraj był bestią z trupią czaszką na czapce, jak załapał, jaką ma szansę, postanowił brnąć w to dalej. Dla niepoznaki zaczął pisać. Celem totalnego zadekowania się zaczął wydawać
książki. (Zza ich wymownych – jak się dziś okazuje – a przecież od początku ostentacyjno-alegorycznych tytułów: „Turbot”, czyli milczę jak
ryba; „Z dziennika ślimaka” – w wiadomym tempie pełznę do prawdy; jak „Kot i mysz” – bawię się z wami; o moich szczenięcych, czyli
„Psich latach” nie opowiem nigdy; niczym bohater mojej pierwszej książki przestałem rosnąć i na zawsze pozostanę mądrzejszym od was małym faszystowskim bębniarzem
– zza wszystkich tych i innych jeszcze „gier literackich” dobiega dawniej skryty, a dziś bezczelnie donośny esesmański rechot.)
Książki, czyli literatura, czyli kłamstwo, są tu kluczowe. Są kluczowe specjalnie teraz w Polsce, kiedy całą sprawę – celem jej zupełnego sfałszowania – fałszuje się
częściowo. Otóż niektóre media tak rzecz prezentują, jakby odkrycie esesmańskiej przeszłości Grassa było wynikiem jakiegoś lustracyjnego nacisku, jakiegoś
dziennikarskiego śledztwa – w przedrukowanym przez „Wyborczą” wywiadzie z pisarzem (?) jest w odpowiednim miejscu dopisek, że to dziennikarze, a nie autor
„Blaszanego bębenka” wprowadzają do rozmowy wątek sensacyjny; eksponuje się momentalność wyznania, jego publicystyczność i gazetowość. Całe to wysuwanie na plan
pierwszy doraźności ma służyć jej rychłemu zatopieniu w mętnym uniwersalizmie literackim.
Daremne są to knowania. Wiadomo jak jest. Grass wyznał swoją ochotniczą przynależność do SS w autobiograficznej książce, która ukaże się lada tydzień. Wywiad w
„Frankfurter Allgemeine Zeitung” książkę tę zapowiada, prowadzący wywiad dziennikarze byli do rozmowy (owszem, dla naszych jest to sensacja) przygotowani, książkę znali i
o jej treść pytali.
O książkę, o autobiograficzny utwór literacki tu chodzi i przebiegłe, a pozorne zacieranie literackich okoliczności sprawy służy przygotowaniu na wskroś właśnie
„literackiej” obrony Grassa. Książkę Grassa umyślnie spycha się na plan dalszy, by zaraz ją do przodu wysunąć, by wykazać „książkowość” całej
afery. Literackie konteksty umyślnie się rozmazuje, by zaraz przedstawić całą ich wyrazistość i nieodpartość.
Lada chwila wszakże pojawią się (już idą, już słychać trąbienie ich rzewnych piszczałek) napuszeni obrońcy wolności słowa, zajadli strażnicy swobody artystycznej, nadęci gloryfikatorzy
tajemnic procesu twórczego i falsecikami swymi wołać poczną: iż mamy oto typowe pomylenie pojęć, Grass wszakże nie żadnym szantażem lustracyjnym sterroryzowany, a własnym
moralnym, moralno- wręcz -testamentalnym imperatywem wiedziony, swe wyznanie uczynił; w istocie nie w gazecie, a w książce pełen tragizmu epizod opisał, książka wprawdzie autobiograficzna,
ale i w autobiografii jest miejsce na fikcję. Jak powszechnie wiadomo – będą kabotyńsko zawieszać głos ci popaprańcy – nie ma czystej autobiografii, choć z powodzeniem
rzec też można: wszystko jest autobiografią!
Zaraz ci lepcy relatywiści kategorią wolnego wyboru twórczego szantażować poczną. Zaraz ironizować będą, że zarzuty: Dlaczego z wyznaniem prawdy autor czekał aż 60 lat?
– są absurdalne, ponieważ pisarz może pisać, na co ma ochotę, najtajniejsze fakty swej biografii może – kiedy chce – ujawnić; ma prawo ich nie ujawniać wcale.
Świadomość piszącego – poczną ci cherlacy dowodzić – jest niczym obrócony w przeszłość punktowy reflektor i wedle subiektywizmu skrajnego ten reflektor
wydobywa z biografii takie, a nie inne epizody; a że omija wstydliwe – mój Boże, jakże to ludzkie… A poza tym w przypadku pisarza wstyd, specjalnie wstyd zatajony,
bywa nieraz koniecznością i napędem.
Ponieważ nie ma tu zasad – faktycznie – wszystkiego ci scholastycy dowiodą. Z jednaką sprawnością dowiodą, że Grass krótkotrwałego i młodzieńczego epizodu w
SS nie ma się co wstydzić, ponieważ był on bez znaczenia, ale też dowiodą, że miał znaczenie fundamentalne, ponieważ głębi, sile i długotrwałości spowodowanego przezeń wstydu
zawdzięczamy istnienie dzieł niezwykłych. Kto nie ma się czego wstydzić, nie może być pisarzem – już bucha fetor ich libertyńskich aforyzmów. – Pisarz, co nie
radzi sobie z własnym wstydem, nie czyni zeń (kiedy – ma się rozumieć – zechce) siły – winien zmienić zawód! (To akurat prawda – sporo
pisało, by swą obmierzłość i wstydliwą zboczeńczość zasłonić.) Literatura to jest przecież zmyślenie i prawda! „Dichtung und wahrheit!”
Tak jest. Zaraz zacznie się odwracanie nazistowskiego kota do góry ogonem i wmawianie, jaka to w istocie szlachetność w wyznaniu Grassa jest obecna! Jakie to w istocie harmonijne i
imponujące jest pogodzenie się ze światem! Zaraz tym, co prawdy zechcą się trzymać i twierdzić, że esesmańska przeszłość to nie jest powód do zaszczytów,
którymi Grassa obsypywano, zacznie się gębę zawistników przyprawiać. Zaraz słusznemu oburzeniu nikczemne polityczne pobudki zacznie się przypisywać. Zaraz ruszą niegodne
kpiny z „wojennych przewag braci Czechów”, co mają prawo nad odebraniem danych kiedyś Grassowi honorów się zastanowić. Esesmanie Grass! – zaraz
ktoś czyjś głos – mniejsza o to czyj – kabotyńsko imitować zacznie – Esesmanie Grass! Nobla pan zachowaj, bo to brud, ale Gdańsk, ale nasz Gdańsk bez pańskiego
obywatelstwa prawdziwie wolnym miastem będzie! Nasza wolność ma to do siebie, że jest bez skazy!
Tak. Zaraz się zacznie. Zaraz się zacznie zasłanianie esesmańskiej Wahrheit literackim Dichtung. Prawda zaś jest taka: nawet jak esesman zdejmuje maskę pisarza; i tak odsłonięcie to służy
jego światu, służy jego książce, służy literaturze, która była i jest jego maską. Grass zdjął maskę? Skąd! Wzbogacił ją o kolejny – celem wzmożenia zamętu
– prawdziwy szczegół.
Kolejny raz, z kolejnego wywiadu z Marcinem Świetlickim dowiaduję się, jakobym swego czasu doradzał mu odmowę przyjęcia Paszportu „Polityki”.
„Najśmieszniejsze jest to – powiada Świetlicki, tym razem tydzień temu w „Dzienniku” – że wybitny prozaik Jerzy Pilch mi tę odmowę paszportu
doradzał. Za jakiś czas sam rzucił się w objęcia pisma "Polityka". Ilekroć o tym w jakimś wywiadzie opowiadam – to akurat ten fragment wypada
(śmiech)”.
Po pierwsze: nie rozumiem, dlaczego jakiekolwiek fragmenty wypowiedzi Świetlickiego z tych wywiadów „wypadają”? Cenzura jakaś Świetlickiemu wypowiedzi masakruje?
Złe moce go osaczają? Ktoś na wolność słowa poety znowu dybie? Obecnie zjawiska te przejściowo ustały czy co?
Po drugie – ma się rozumieć – żadnych rad dawanych Świetlickiemu nie pamiętam. Kiedy by to miało być? Ile set lat temu? W jak mrocznych okolicznościach? Tak czy tak,
jeśli nawet kiedyś coś takiego miało miejsce; jeśli kiedyś jakimś niepojętym trafem poradziłem Świetlickiemu, by nie brał Paszportu „Polityki” – rada moja
była niezmiernie głupia. Było nie słuchać, było nie traktować każdego mojego słowa jako prawdy objawionej. Było Paszport wziąć – choćby po to, by teraz nie skamleć w
– rozmyślnie na dodatek przez kogoś okrawanych – wywiadach i by tyle nie pić – ani w trakcie ich udzielania, ani w ogóle (śmiech).