Dziennik Gazeta Prawana logo

"Kim są terroryści i jak się ich pozbyć?"

12 października 2007, 11:28
Ten tekst przeczytasz w 30 minut
Zachód znów znalazł się o krok od tragedii. Kolejna grupa ludzi urodzonych i wychowanych w Wielkiej Brytanii była technicznie i duchowo przygotowana do dokonania samobójczych zamachów. Znowu zaczęto odmieniać we wszystkich przypadkach zwłowieszcze słowo „terroryzm”, którego z braku lepszego określenia używa się przy każdej okazji. A przecież nie pozwala ono ani porządnie zdefiniować, ani zrozumieć wojny, jaką żołnierze Allaha rozpętali wewnątrz świata muzułmańskiego oraz przeciwko Zachodowi. Metody i cele tej wojny – czy raczej tych dwóch osobnych wojen: zewnętrznej i wewnętrznej wobec islamu – są jednak całkowicie nowe.

Co do metod, absolutną innowacją o nieobliczalnych konsekwencjach jest stworzona przez ruchy zwane terrorystycznymi nowa broń, czyli męczeński bojownik uformowany lepiej: produkowany seryjnie. W odróżnieniu od XIX-wiecznego rosyjskiego anarchisty gotowego umrzeć za sprawę, nielicznych Tamilów atakujących wyznaczone cele i japońskich kamikaze zmuszanych przez oficerów do roztrzaskiwania samolotów na amerykańskich okrętach nowi bojownicy islamscy są niezliczeni, zgłaszają się na ochotnika, a motorem ich działania jest wiara. Najchętniej atakują niewinne, niewyróżniające się ofiary. Ta niewidoczna armia męczenników pochodzących z całego świata, począwszy od Maroka, poprzez Wielką Brytanię, aż po Jawę, zrywa ze wszystkimi dotychczasowymi strategiami militarnymi. Wydaje się, że z tym nowym terroryzmem nie jest w stanie wygrać żadna klasyczna broń, żadna tradycyjna armia.

Jeśli idzie o cele, tu słowa są zwodnicze. To, co na Zachodzie uważa się za terroryzm, nieuzasadnioną przemoc i bezcelowe działanie, z punktu widzenia wielu muzułmanów (skoncentrujemy się na terroryzmie islamskim, pomijając Kolumbię czy Sri Lankę) jest walką wyzwoleńczą popieraną przez masy, szczególnie arabskie (nie należy ich mylić z muzułmanami, bo tylko 20 proc. muzułmanów to Arabowie). Tak, to wstydliwa sprawa, ale jednak fakt. Wystarczy choćby spojrzeć na popularność, jaką wśród młodych cieszy się bin Laden, a teraz również Nasrallah, lider Hezbollahu!
Przypomnijmy, że terrorystami nazywał rząd niemiecki podczas II wojny światowej przeciwników nazizmu, a dziś czyni tak rząd rosyjski w odniesieniu do bojowników czeczeńskich. Z punktu widzenia islamskich terrorystów ich walka jest wojną wyzwoleńczą przeciw okupantowi. Bush nazywa ich faszystami. Jednak islamiści uważają, że to Bush jest faszystą.

Świat pod okupacją niewiernych

Kto tak naprawdę jest okupantem i o jaką okupację tu chodzi? W Czeczenii widać to jasno. A w Izraelu? Państwo to jest uważane przez większość Arabów za okupacyjną kolonię. Mało ich obchodzi to, że zarówno ONZ, jak i przeważająca liczba rządów arabskich i muzułmańskich je uznaje. Inna rzecz, że i ONZ, i owe rządy terrorystyczni bojownicy też mają za okupantów prawdziwych czy symbolicznych, ale nieposiadających legitymacji, bo nieislamskich. Uważa się również, że Irak i Afganistan znajdują się pod okupacją zachodnich wojsk, choć wojska te oswobodziły oba kraje spod władzy despotów. Algieria i Egipt także są okupowane, bo ich rządy mają laicki charakter i współpracują z Zachodem. Podobnie rzecz się ma z Indonezją, Pakistanem, państwami Zatoki Perskiej, Arabią Saudyjską. A ostatnio zaatakowane Indie? Lokalne ruchy islamistyczne ogłosiły, że sto dwadzieścia milionów żyjących tam muzułmanów to więźniowie, ponieważ państwo indyjskie jest laickie i niemuzułmańskie.

Krótko mówiąc, gdziekolwiek spojrzeć, nie ma ani jednego państwa, które według kryteriów radykalnych islamistów byłoby prawowite; no, może z wyjątkiem Sudanu odwołującego się do szarijatu i walczącego z niewiernymi na swoim terytorium. A Iran? Przeważają tam szyici, więc dla sunnitów uważających szyityzm za herezję Iran nie jest państwem legalnym.

Podsumowując, islamiści tolerowaliby jedynie takie państwo, którym rządziliby jak Afganistanem w czasach talibów. Ale nawet ono byłoby jedynie przejściowe. Celem islamistów jest bowiem wykroczenie poza ustrój państwowy i utworzenie pozbawionej granic społeczności wiernych ummy pod przywództwem kalifa, następcy Mahometa. Wojny i zamachy w Palestynie, Libanie, na Bali, w Londynie, Nowym Jorku i Madrycie to tylko etapy służące do realizacji tego celu powszechnego kalifatu. Choć terrorystyczne ruchy islamistyczne są bardzo zróżnicowane (nie wiemy, do jakiego stopnia są skoordynowane), choć mają własne interesy, to wspólne dla nich historyczno-metafizyczne marzenie o kalifacie stanowi łącznik, który mógłby stać się czynnikiem jednoczącym.

W oczach islamistów państwa zachodnie są obarczone winą, choć w mniejszym stopniu niż muzułmańskie. Zarzuca się im jedynie, że gnębią mniejszości muzułmańskie (na przykład przez zakaz noszenia chust we francuskich szkołach) i są sprzymierzeńcami bezbożnych rządów w świecie muzułmańskim. Szczególnie odrażające jest ich przymierze z Saudyjczykami, ponieważ nie pozwala ono islamistom kontrolować obu świętych miast Mekki i Medyny. Bin Laden atakuje Stany Zjednoczone nie dlatego, by przejąć w nich władzę, ale dlatego że przeszkadzają mu w objęciu rządów nad Mekką.

Wyzwoleńcza wojna islamistów musi mieć zasięg ogólnoświatowy. Nikt nie może czuć się bezpieczny, ponieważ wszędzie są ciemiężeni muzułmanie i państwa, które sprzyjają ciemiężycielom, choćby przez nieuwagę, jak Dania, gdzie ukazały się karykatury szydzące z Mahometa. Wrogowie są nawet w Chinach (Ujgurzy) czy Brazylii (libańscy imigranci).

Islamiści muszą znosić nie tylko szykany natury politycznej czy gospodarczej. Cywilizacje nieislamskie zaśmiecają umysły bezbożnymi wartościami, zwłaszcza dotyczącymi statusu kobiet. Celem terroryzmu jest więc zniszczenie państw nieislamskich, ale bardziej jeszcze ich cywilizacji. Według fundamentalnych dla islamistów tekstów (szczególnie Egipcjanina Sayda Qtuba z lat 50. ubiegłego wieku) grzechem głównym współczesnego świata jest emancypacja kobiet, do jakiej doprowadził Zachód i jego muzułmańscy sprzymierzeńcy. Terroryści umierają więc za ponowną islamizację kobiet, za ich oswobodzenie z niemoralnej niewoli zachodnich wartości.

Globalny dżihad


W Koranie określenie „dżihad pojawia się dwukrotnie: po raz pierwszy jako święta wojna z niewiernymi, po raz drugi jako wewnętrzna walka ze Złem znajdującym się w każdym z nas. Terrorysta ma więc prawo uważać, że prowadzi świętą wojnę o wyzwolenie terytorium, a także o wartości. Oto dlaczego islamistyczni terroryści atakują zarówno muzułmanów (ofiary pośród nich są nawet liczniejsze), jak niemuzułmanów; patrz Irak. Ten paradoks ma teologiczne wyjaśnienie: według niektórych egzegetów Koranu, w szczególności Ibn Tamiyi (XIII wiek), muzułmanin niewyznający prawdziwego islamu staje się renegatem, musi więc zostać stracony. Kto jednak określa, czym jest prawdziwy islam? Poza szyityzmem posiadającym hierarchiczną organizację i kler w islamie nie wstępują żadne autorytety religijne. Każdy interpretator posiada wyłącznie tę legitymację, którą sam sobie przyzna i którą zechcą uznać jego uczniowie. Koran nie mówi nic poza tym, co aktualni egzegeci każą mu mówić. Ruchy terrorystyczne muszą więc być rozproszone, na podobieństwo samego islamu, lub tworzyć luźną federację Al-Kaidy. Tylko Hezbollah przypomina ustrukturyzowaną armię, ponieważ jest szyicki (a więc zhierarchizowany). Zachód na próżno będzie usiłował obciąć głowę terroryzmowi islamskiemu, bo terroryzm tak jak sam islam nie może mieć tylko jednej głowy.

Czy terroryzm islamski kiedyś się zatrzyma? I jak mogłoby do tego dojść? Ponieważ ambicje islamistów są w równym stopniu metafizyczne, co polityczne, nic ich nigdy nie zadowoli. Jeśli Palestyna stanie się państwem, to pozostanie problem Izraela. Jeśli Izrael zniknie, pozostaną Stany Zjednoczone. Jeśli Stany Zjednoczone się wycofają, będą jeszcze nieislamskie rządy. Gdyby wymarła rodzina Saudów, to zostaną Indie i ich demokracja. A także muzułmańskie kobiety nienoszące chust. Wątpliwe więc, czy ustępstwa na rzecz islamistów doprowadziłyby do ich zaniknięcia; takie oczekiwania świadczą o nieznajomości natury ich ruchu. Także wiara, że rozwiązanie lokalnych konfliktów da koniec światowemu islamizmowi.

Pozostaje nam żyć z terroryzmem, powstrzymywać go, adaptować nasz styl życia do realnego, stałego i coraz bardziej powszechnego zagrożenia nim. Taką politykę powstrzymywania przyjęła Europa z nadzieją, że uda się uniknąć najgorszego i że to sąsiad, a nie my stanie się ofiarą przemocy.

Inną strategię wybrali Amerykanie. Polega ona na redukowaniu obiektywnych warunków, które przyczyniły się do narodzin współczesnego terroryzmu islamskiego. Według dobrze znanej analizy amerykańskich strategów z rządu George’a W. Busha, islamski terroryzm narodził się z politycznej i ekonomicznej frustracji świata arabskiego. Ponieważ elity wykształcone w Egipcie czy Arabii Saudyjskiej nie miały możliwości zaistnienia na arenie politycznej, gospodarczej czy kulturalnej, islamizm stał się dla nich pociągającą alternatywą. Z kolei brak perspektyw dla młodzieży w większości krajów muzułmańskich, a także kontrast z dobrobytem Zachodu rzucił ją skądinąd bardzo liczną na poszukiwanie przygód niematerialnych: religijnych i romantycznych. Z tych frustracji mieli skorzystać religijni kaznodzieje, którzy sami chcieli zyskać autorytet polityczny i duchowy. Amerykańskie rozwiązanie polega więc na faworyzowaniu w świecie muzułmańskim demokracji i liberalizmu w nadziei na skanalizowanie energii i skierowanie jej ku konkretnej rzeczywistości ku sprawom przyziemnym, a nie rajowi.

Ta analiza jest historycznie uzasadniona. Podzielają ją muzułmańscy liberałowie w rodzaju tych, którzy rządzą dziś w Turcji, Malezji i Iraku. Lecz nie uwzględnia paru czynników charakterystycznych dla świata arabskiego. Wielu jego mieszkańców żywi nostalgię za minionym złotym wiekiem. Arabska opinia publiczna poszukuje raczej nowego Saladyna zbawcy (niegdyś był nim Naser) niż demokratycznych instytucji. Ponadto demokracja wymaga jednolitości etnicznej i społecznej. Tę zaś rzadko się spotyka w świecie arabskim, gdzie każdy chętniej identyfikuje się ze swą społecznością niż z narodem o sztucznie nakreślonych granicach wytyczonych przez Europejczyków w latach 20. XX wieku. W dodatku demokracja i liberalizm to bardzo powolne procesy, niezaspokajające bezpośrednich potrzeb tłumów młodzieży. Przede wszystkim zaś Amerykanie nie docenili nieodpartego uroku, jaki dla Arabów ma islam. Wszak nigdy nie dowiedziono, że w liberalnej demokracji mistycyzm ulega rozrzedzeniu.

Znaleźć sprzymierzeńców wśród muzułmanów

Tak więc amerykańska analiza ma swoje ograniczenia. Czy jednak ktoś proponuje jakieś inne wyjście? Czy można udawać, że nie dostrzegamy terroryzmu, lub wierzyć, że go unikniemy? Ruch islamistyczny jest na najlepszej drodze ku globalizacji. Początkowo był ruchem arabskim, teraz objął swym zasięgiem wszystkie muzułmańskie rejony oraz muzułmanów obywateli Zachodu. Niezależnie od tego, czy rządzi Bush, czy nie Bush (tak jak wczoraj Szaron czy nie Szaron), islamiści dalej będą przeprowadzać swe akcje, bo uważają je za sprawiedliwe.

A czy my w Europie powinniśmy nadal wspomagać tyranie panujące w świecie arabskim, ponieważ głoszą one, że również walczą z terroryzmem? Z grubsza biorąc, taka właśnie cyniczna jest postawa Francji. Jednak tam, gdzie wspomagamy tyranie, sprawiamy, że rośnie w siłę przyszła klientela islamistów. Oto dylemat, jaki zastawili na nas islamiści.

Skoro mamy przed sobą dwa wyjścia i oba są złe, to wyborem bardziej spójnym, obiecującym więcej rozwiązań jest to, by postawić w świecie islamu na demokrację. Trudność stanowi okres przejściowy (jak możemy to stwierdzić na przykładzie Iraku). Wolne wybory w Palestynie, krajach Zatoki Perskiej, Maroku czy Jordanii pozwalają islamistom zbliżyć się do władzy, a nawet ją przejąć. Czy należy się tego bać? Przecież partia islamistyczna niekoniecznie musi być terrorystyczna. Wręcz przeciwnie, może dysponować najlepszymi narzędziami do walki z terroryzmem. Przykład Turcji, choć wyjątkowy, pokazuje, że rządy partii muzułmańskich mogą położyć kres przemocy. Kto lepiej niż muzułmanie zrozumie innych muzułmanów, kto lepiej niż oni nie pozwoli, by popadli w terroryzm? Koniec terroru nie nadejdzie z zewnątrz; musi pochodzić od samych muzułmanów. A my musimy pomóc tym właściwym.


Guy Sorman, pisarz, filozof, publicysta, stały współpracownik „Dziennika. Zadebiutował w 1983 r. pracą „Neokonserwatywna rewolucja amerykańska. Ostatnio opublikował portretującą przemiany we współczesnych Chinach książką „Rok koguta (2006)
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj