Kto jest winien temu, że w Polsce młócka Tuska z Kaczyńskim przesłoniła wszystko? Partie, które pozgłaszały zwłaszcza w dużych miastach do rad i sejmików kolumny nieznanych nazwisk? A może ludzie z autorytetem, którzy nie chcieli kandydować? Opozycja obwinia obecną „centralistyczną” władzę, ale przy innych ekipach nie było wiele lepiej.
Więc partie źródłem zła? Różnie. Na pewno dobrze, że w paru ważnych miastach sukcesy odnoszą kandydaci na prezydentów miast z ponadpartyjnym autorytetem (Wrocław, Trójmiasto, Katowice). Tu egzamin zdaje głosowanie na konkretnego człowieka, a nie na partyjną listę. Ale partia może zrobić w samorządach i coś dobrego. Od kiedy wyczyny najdrobniejszego radnego SLD szły na konto Leszka Millera, partyjne aparaty wiedzą, że pilnowanie swoich ludzi się opłaca. W jednej z dzielnic Warszawy startował jak najbardziej lokalny komitet reklamujcy się dumnie „My nie z partii, a z Pragi”. Kłopot w tym, że weszli do niego ludzie, których PiS pogoniło za przekręty z mieszkaniami.
Piotr Zaremba, publicysta DZIENNIKA