Trzeba jednak pamiętać, że prawie wszędzie o ostatecznym wyniku wyborów decydować będzie druga tura, a tu sytuacja kandydatów PiS może być już trudniejsza i wymagać będzie walki o część elektoratu lewicy.
Lewicy, która nie odzyskała wpływów wyborczych, odnotowując (wszędzie z wyjątkiem Łodzi) wyniki słabsze od sumy wpływów SLD, SdPl i demokratów z wyborów parlamentarnych. Jednak z podobną tendencją – podtrzymania zasadniczych cech wyborów parlamentarnych w odbywanych rok później wyborach samorządowych – mieliśmy do czynienia już w 1998 i 2002 roku, kiedy to sukcesy AWS i SLD nie zapowiadały ich późniejszej klęski. Polityczne wyniki wyborów nie zwiastują zatem jeszcze żadnego scenariusza zmian zachowań wyborczych w przyszłości.
Jednak najważniejsze rozstrzygnięcie niedzielnych wyborów nie dotyczy ani prestiżowego sporu o to, kto będzie rządził naszymi miastami, ani relacji między dwiema największymi partiami. 12 listopada zadecydowaliśmy o tym, kto uzyska prawo dzielenia unijnych pieniędzy w sejmikach wojewódzkich. Tu o wyniku przesądzić może wysoka frekwencja wyborcza na wsi i w małych miastach. Decydujący – wskutek przepisów o blokowaniu list – może być wynik wyborczej rywalizacji sojuszników PiS (Samoobrony i LPR) oraz PO (PSL). Przewaga, jaką Platforma zdobyła w wielkich miastach, może nie dać oczekiwanej przewagi w sejmikach i przynieść polityczny remis. W najbliższych dwóch tygodniach kampania wyborcza będzie się zatem pokrywać z pierwszymi próbami budowy koalicji wojewódzkich. Dwa zwycięskie ugrupowania staną zatem przed koniecznością ponownej odpowiedzi na pytanie sprzed roku dotyczące koalicji ponad najsilniejszym na współczesnej scenie politycznej podziałem.
Rafał Matyja, politolog