To zmniejszyło zainteresowanie wyborami. Mieszkam w małej, czterotysięcznej gminie, w której do poziomu powiatu obowiązuje ordynacja jednomandatowa i głosuje się na jedną osobę. Odniosłam wrażenie, że frekwencja tutaj jest wyższa od średniej krajowej. W poprzednich wyborach wyniosła ponad 70 procent. Od poziomu powiatu pojawia się obojętność wyborców. Niska frekwencja jest także sygnałem niechęci do całej klasy politycznej, którą obwinia się za spory i waśnie – taka była choćby krytyczna reakcja Bronisława Komorowskiego na wezwanie do porozumienia, które Lech Kaczyński ogłosił w Święto Niepodległości.
Niespodzianką jest dla mnie wysokie poparcie dla Marcinkiewicza, które spowodowały prawdopodobnie jego ostatnie gesty pojednawcze: propozycja bloku z PO czy choćby wspólnego złożenia wieńca u Grobu Nieznanego Żołnierza. Zauważyłam, że pani Gronkiewicz-Waltz zaraz potem odłączyła się i odeszła od grupy wspólnie składającej wieniec. To są sygnały zupełnie niepotrzebne, które wyborcy dostrzegają. Oczekują większej sprawności rządzenia i nastawienia polityków na porozumienie. W Krakowie natomiast widać, że w pustkę trafiła zmasowana propaganda PiS. Profesor Majchrowski uzyskał dobry rezultat mimo niekorzystnych informacji na jego temat. To pokazuje, że ludzie nie mają zaufania do oskarżeń zawieszonych w próżni.
Martwi mnie bardzo ciągle wysoka pozycja lewicy w Warszawie, która ciągle nie przeszła pokoleniowego oczyszczenia. Zebrała wiele głosów, mimo że tyle mówiło się o jej związkach z aferami wokół Wojskowych Służb Informacyjnych. Jeżeli nie dojdzie do wyeksponowania przez partie prawicowe tego, co je łączy, lewica może odzyskać znaczącą pozycję polityczną. I to nie tylko w Warszawie.
Prof. Jadwiga Staniszkis, socjolog