Dziennik Gazeta Prawana logo

"Gnębi nas totalitaryzm myślenia"

12 października 2007, 14:16
Ten tekst przeczytasz w 9 minut
"W czasie III RP moje książki nie otrzymały imprimatur, jak to się nazywało w czasach inkwizycji. Ukazywały się, bo nie było cenzury, ale się nie rozchodziły, nie pisano o nich" - mówi DZIENNIKOWI pisarz Janusz Krasiński, laureat literackiej Nagrody im. Józefa Mackiewicza.

Magdalena Miecznicka: Dlaczego „Przed agonią i trzy poprzednie tomy pańskiego dzieła były przemilczane? Weszłam wczoraj na stronę internetową „Gazety Wyborczej i nie znalazłam tam żadnej informacji o tej książce, która ukazała się przecież w 2005 roku.
Janusz Krasiński: I nie znajdzie pani.

Nie rozumiem dlaczego. „Gazeta chce ją przemilczeć?
Znalazłem się kiedyś na jakimś spotkaniu, gdzie był pewien młody człowiek z „Gazety Wyborczej, a że on o Warszawie pisze, podchodzę do niego i mówię: jestem starym warszawiakiem, chętnie opowiem panu różne rzeczy. Bardzo się ucieszył, więc daję mu wizytówkę, mówię, niech pan do mnie zadzwoni. Patrzy, i zbladł, jakby diabła zobaczył. Oczywiście nie zadzwonił. W czasie III RP moje książki nie otrzymały imprimatur, jak to się nazywało w czasach inkwizycji. Ukazywały się, bo nie było cenzury, ale się nie rozchodziły, nie pisano o nich. Pierwszy tom został nagrodzony jako książka miesiąca, to było zaraz po przełomie ’89 roku. Ale potem czułem się, jakby moje książki były nielegalne. Owszem, miałem paru krytyków, którzy byli mi życzliwi: Tomasz Burek, Iwona Smolka, Piotr Matywiecki, którzy mówili o nich w radiowej Dwójce. Potem dołączył Maciej Urbanowski z Krakowa. Cezary Michalski upominał się też kiedyś o moje książki, podobnie Bronisław Wildstein.

No i dostał pan też parę nagród literackich?
Dostałem nagrodę Fundacji Turzańskich w Kanadzie (1993), Nagrodę im. Kijowskiego (2000), no i nagrodę Pen Clubu (2003). Ale to było wołanie na puszczy, o moich książkach nie pisano. Jakieś kręgi chciały do tego podejść zgodnie ze słowami prezydenta Kwaśniewskiego: „zostawmy te sprawy historykom. Historyków mało kto czyta, a literatura się szeroko rozchodzi. Jak historycy napiszą, to temat będzie sobie leżał na półkach i odpoczywał.

W wolnej Polsce doświadczył pan totalizmu myślenia.
Tak. I ten totalizm to jest pozostałość PRL-u. Na różnych spotkaniach na temat literatury wciąż mówiono, że potrzebna jest książka o PRL-u. Ale nie taka jak moje. Ten PRL miał być głupawy: były kartki, nie było mięsa, ciągle czegoś brakowało, ale właściwie było śmiesznie i sympatycznie. Jak mi powiedział pewien młody człowiek, widocznie syn jakiegoś dygnitarza peerelowskiego: jak czegoś brakowało, to się wsiadało w samolot i leciało do Paryża, żeby kupić. Ja mówię: czyli było dobrze, ale za granicą a tu dobrze nie było. To umilkł. Taki miał być obraz PRL-u. I kiedy znalazł się świadek, który chce dać świadectwo czasów takich, jakie one były, okazało się, że taki świadek jest szkodliwy dla pewnych środowisk.

Jak za komuny.
Z tym, że za komuny ja je dopiero pisałem. Dwa pierwsze tomy i fragmenty trzeciego były pisane za komuny. Pierwsze opowiadania pisałem od czasu wyjścia z więzienia w 1956 roku. Rzuciłem się wtedy na pisanie, bo dojrzewałem przez te dziewięć lat w więzieniu. Zresztą w więzieniu zacząłem pisać, oczywiście wiersze. Prozy nie można było pisać, bo nie było na czym. Nie wolno było posiadać żadnych materiałów piśmienniczych. Ja pisałem na tabliczce z chleba posmarowanej tłuszczem i posypanej proszkiem do zębów. Na tym się ryło zapałeczką i potem zacierało. Ten debiut pozostał niezauważony na szczęście, bo w przeciwnym razie by mnie w tym więzieniu zakatowali. Ileś wierszy wyniosłem w pamięci, i po wyjściu debiutowałem w „Po prostu. To był okres odwilży i opublikowałem jeszcze kilka opowiadań. PIW miał nawet wydać tom opowiadań, ale zamiast tego wezwali mnie na rozmowę i mówią: wie pan, październik skończył się w listopadzie. Skończyło się wydawanie. A naczelnym redaktorem PIW-u został pułkownik Różański, były szef UB.

A potem w drugim obiegu pan tych książek ani fragmentów nie publikował?
Nie, czasem tylko w domu robiłem spotkania z kolegami i czytałem im jakieś fragmenty. W czasach Solidarności miałem spotkanie w Domu Literatury, jeden z rozdziałów czytała Grażyna Barszczewska. Aż nagle wchodzi jakiś facet i mówi: był zamach na papieża. Wieczór został oczywiście przerwany, to był dramat narodowy. Miałem więc małe spotkania autorskie, ale nie publikowałem, bo nie chciałem tego pokazywać, dopóki nie skończę. A jak skończyłem pierwszy tom „Na stracenie, to akurat nastała niepodległość. „Przed agonią to ostatni tom, od marca ’68 do zabójstwa księdza Popiełuszki, ale można od niego zaczynać całą tetralogię. Bohater przypomina w nim sobie czasy stalinizmu, i czytelnik może razem z nim cofnąć się w przeszłość, do poprzednich tomów.

Co znaczy dla pana Nagroda im. Mackiewicza?
Znaczy to, że prawda zwycięży. Józef Mackiewicz mówi „Tylko prawda jest ciekawa. To pisarz bardzo mi bliski, bo zajmował się najtrudniejszymi tematami, omijanymi przez innych pisarzy z lęku. Jego „Lewa wolna o wojnie polsko-bolszewickiej to jest wspaniała książka. Ale jest mi bliski także ze względu na sposób pisania. Choć ja może jestem mniej realistyczny, mam większą skłonność do metafizyki. On pisał świetnie, nie po dziennikarsku a dzisiaj wielu pisarzy pisze po dziennikarsku. Co innego notowanie faktów, a co innego przekazanie uczuć, klimatu, doznań, czasu. To jest zupełnie inna sztuka niż dziennikarstwo.

Dzisiaj pisarze starają się też eksperymentować z językiem.
Eh.

Uważa pan pewnie, że to dlatego, że nie mają nic do powiedzenia?
Właśnie. Francuzi też tak eksperymentowali. Byli we Francji tacy wspaniali pisarze jak Michel Butor i Alain Robbe-Grillet. Włodzimierz Odojewski, który ich znał, opowiadał, że mu mówili: wy w Polsce to macie o czym pisać, a my nie mamy. I jak nie mają o czym pisać, to szukają w eksperymentach, starają się chociaż wypowiedzieć oryginalnie.

Więc eksperymenty we współczesnej literaturze polskiej biorą się pana zdaniem z braku ważnych rzeczy do powiedzenia?
Nie tylko. Biorą się też z PRL-u. To się za PRL-u zaczęło. W PRL-u też można było eksperymentować. Co prawda najpierw towarzysz Chruszczow zakazał malowania obrazów abstrakcyjnych, ale potem odpuścił, i wtedy wszyscy zostawili malarstwo przedstawieniowe i rzucili się na malarstwo abstrakcyjne. I to samo było w literaturze. Jeśli nie można napisać czegoś wprost, bo cenzura zatrzymuje, to trzeba kombinować, eksperymentować, zamazywać. To jest zgodne z zaleceniami krytyki cenzorów, która idzie u nas od pana Henryka Berezy. Krytycy cenzorzy narzucają szkołę pisania, która polega na zamazywaniu prawdy i tematu, szkołę bawienia się w eksperymenty, tudzież w literaturę rozporkową. Literatura rozporkowa ma zastąpić prawdę historyczną i psychologiczną. W PRL-u nie można było palcem kiwnąć, żeby nie trafić na politykę. Wychodziła pani na plac Stalina, dzisiaj Piłsudskiego, i miała pani wszędzie ogromne transparenty: jeśli nie rocznica powstania PPR-u, to rocznica powstania Armii Radzieckiej. Przejść nie można, bije to w oczy. To był obcy świat, i żeby się do niego dostosować, człowiek uciekał w eksperymenciki.

Albo na przykład w groteskę.
Tak. Ale groteska mogła do czegoś służyć, jak u Mrożka. Jeśli pisarz miał coś do powiedzenia, to w grotesce mógł to przemycić.

Jaka może być rola tych książek dla dzisiejszego czytelnika?
Chciałbym, żeby czytelnik wiedział, skąd się wziął, żeby znał doświadczenia swoich rodziców i korzenie tego kraju bo dawne zmory historii wprawdzie odeszły, ale zbliżają się nowe zmory, historia się przecież nie skończyła. Młody człowiek, żeby być zdolnym do samoobrony, musi wiedzieć, jakie są zagrożenia. Powinien zrozumieć, że nie jesteśmy tacy bezpieczni jak nam się wydaje.

Mówi pan o jakichś konkretnych zagrożeniach?
Mówię ogólnie, ale wystarczy spojrzeć do telewizora albo przeczytać gazetę, żeby zobaczyć, że zmory idą. Nie za pięć lat, nie za dziesięć, choć za dziesięć to nie jestem pewien. Potwornym zagrożeniem, takim, które spać nie daje, jest islam i Iran. Totalitaryzm skrajnego islamu szykuje się na Europę. Trzeba sobie zdawać sprawę, że żyjemy na beczce prochu. A z drugiej strony w Europie i Ameryce panuje straszliwy liberalizm, który rozkłada naszą cywilizację. Ja czasem zaczynam się zastanawiać, czy liberalizm w Europie nie jest subsydiowany przez szejków arabskich: on tak działa, że niedługo nie trzeba będzie na Europę armii, sami się oddadzą, sami się rozkleją, będzie ich można wybierać jak gruszki z popiołu.

Czy dlatego, że sami się wypieramy swojej kultury, jak mówiła Oriana Fallaci?
Wypieramy się swojej kultury, uważamy wszystkie kultury za równe, mówimy, że kultura Montezumy jest równie piękna jak kultura Chrystusa. Właśnie wróciłem z Ameryki, więc mówię o Indianach. No więc mówi się, że kultura Montezumy była taka wspaniała, ale milczy się o tym, że była to kultura śmierci, że oni wyprowadzali dziesięć tysięcy niewolników na plac i podrzynali im gardła, bo słońce przestawało świecić, jak nie miało krwi. Nie można równać wszystkich kultur ze sobą. Mamy przepiękną kulturę, która jest kulturą miłości i współczucia. Nawet wspaniała Grecja i Rzym tego nie znały, współczucie nie było w ich ideologii. A tu jest przepiękna kultura chrześcijańska i trzeba jej bronić. Nie wiem, czy wiarą, czy tylko rozumem, ale trzeba bronić tego, co ludzkość osiągnęła.

Janusz Krasiński, pisarz, laureat literackiej Nagrody im. Józefa Mackiewicza

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj