Najmocniej za jej radykalną wersją, łącznie z przepisami niemądrymi, optowali niektórzy liderzy umiarkowanej ponoć Platformy Obywatelskiej. Lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław
Kaczynski zachował się w tej sprawie jak Hamlet bez wpływu na własną partię. Ale najbardziej paradoksalna okazała się końcówka. Bo prezydent Kaczyński podpisał ustawę, z którą, jak
wynikało z każdego jego gestu i wypowiedzi, w zasadzie się nie zgadza.
"Lustracja to trudna sprawa i nie tylko my mamy z nią problemy" - denerwuje się rzecznik PiS Adam Bielan. A inny polityk tej partii wzdycha: "Może daliśmy młodym
posłom od nas (przede wszystkim Arkadiuszowi Mularczykowi i Zbigniewowi Girzyńskiemu – przyp. red.) za dużo swobody.
Można odnieść wrażenie, że ten projekt powstał jakby przez przypadek. Podczas kampanii wyborczej tak PiS, jak PO i LPR obiecywały skuteczniejsze procedury lustracyjne (w miejsce dziurawych
postępowań przed sądem lustracyjnym) i jawność papierów zgromadzonych w archiwach IPN. Próbą spełnienia tych obietnic zajęło się kilku młodych parlamentarzystów tych trzech partii. Tak
naprawdę mało kto w Sejmie ogarniał skomplikowany gąszcz przepisów. Jarosław Kaczyński, w końcu prawnik od lat interesujący się tematyką lustracji, mający wtedy jako szef partii sporo
wolnego czasu, do prac się nie wtrącał. Gdy jednak zakończono je w Sejmie, Kaczyński zaczął głośno – pod wpływem takich skądinąd zwolenników lustracji jak Zbigniew Romaszewski
– wyrażać wątpliwości. Wreszcie zaś wszystko poparł, łącznie z najbardziej kontrowersyjnymi zapisami. Na przykład obowiązkiem ogłoszenia jak leci nazwisk świadomych i
nieświadomych informatorów dawnych służb, co było krytykowane przez większość ludzi, którzy na lustracji się znają, w tym historyków IPN. A wrażenie i tak pozostało. Dla oponentów
lustracyjnych procedur ostentacyjne rozterki lustratorów to gratka nie lada.
Czym kierował się Jarosław Kaczyński, dystansując się od nowego prawa? Jego nieufność wobec esbeckich papierów wyraźnie wzrosła – najpierw po otwarciu jego
wasnej teczki, a jeszcze bardziej po procesie lustracyjnym Zyty Gilowskiej. Wówczas nagle okazało się, że „materiałom dawnej SB nie można do końca wierzyć”. A może
zdecydowała niechęć do konfliktowania się z bratem, który od początku wątpił, czy ustawa idzie w dobrym kierunku.
Czym jednak kierował się ten sam Kaczyński, nie próbując ustawy zmienić? A było sporo okazji – ostatnia, gdy głosowano poprawki Senatu. Czy zdecydował wzgląd na prolustracyjne
nastroje we własnej partii? A może gorący oddech Platformy Obywatelskiej na karku? Bo PO rozgrywała ten temat w nie zawsze uczciwej konkurencji z niedoszłym koalicjantem.
Możliwe, że Jan Rokita, dawny oponent lustracji, stał się najszczerszym zwolennikiem jawności. Czy to jednak wystarczyło do etykietkowania skrupułów braci Kaczyńskich jako sporu
„jawniaków z tajniakami”? Tego typu licytacja zmieniła debatę w jałowe pokrzykiwania. A czy to nie jeden z posłów Platformy zgłosił najbardziej radykalną poprawkę
nakazującą publikowanie wspomnianej już listy osobowych źródeł informacji (OZI)? Nie przeszkadzało to niektórym politykom PO (Niesiołowski) przedstawiać projektu jako produktu niezdrowego
radykalizmu PiS. Ale zasadniczo w wojnie na miny to PO odgrywała rolę tej bardziej srogiej w żądaniu ujawnienia wszystkiego, co kryją archiwa IPN. Politycy opozycji powinni teraz wziąć choć
współodpowiedzialność za nieprzypadkową konfuzję prezydenta.
Prezydenta, który chyba szczerze próbował odgrywać rolę tym razem nie zbrojnego ramienia brata, ale szefa państwa pełną gębą. Męża stanu, który troszczy się o wykonanie słusznej z
wielu powodów – od konieczności wymierzenia symbolicznej sprawiedliwości, po rozwiązanie problemu, co zrobić z tymi papierami – obietnicy otwarcia archiwów IPN. Ale tak, aby
nikogo nie skrzywdzić. Lub raczej zminimalizować krzywdy, bo wiara, że lustrację da się przeprowadzić bezbłędnie, więc bezboleśnie, to absurd.
Kontrowersje już nie między zwolennikami i przeciwnikami lustracji, ale różnymi odłamami jej zwolenników mogły przyprawić prezydenta o ból głowy. Czy wszystkie dałyby się zażegnać, nie
wywracając całej ustawy? Oto kwadratura koła, przed którą stanął Pałac Prezydencki, próbując poprzez nowelizację nadać jej bardziej cywilizowaną postać.
Zasadniczej kontrowersji nowelizacja nie zniweluje. Ustawa opiera się na założeniu powtórzonym przez nawróconego sympatyka lustracji Romana Graczyka: „Papiery na stół”. W imię zasady, że opinia publiczna powinna wiedzieć wszystko, IPN będzie wydawał zaświadczenia opisujące to, co pozostało w teczkach i kartotekach. Jeśli ktoś na stanowisku został zarejestrowany jako tajny współpracownik, to ten fakt rejestracji zostanie upubliczniony. Niby nie oznacza to zakwalifikowania go jako agenta, faktycznie do czasu procesu sądowego człowiek taki zostanie obłożony infamią. Pomóc może mu co prawda publikacja wszystkich dokumentów, ale kto się w nie wczyta – choćby zamieszczono je w internecie?
Ta zasada, dla nowego projektu fundamentalna, może skądinąd zostać zakwestionowana przez Trybunał Konstytucyjny. Jeśli tylko uzna on, że zaświadczenia IPN to coś w rodzaju wyroku bez udziału sądu. Często wyroku krzywdzącego. Wie to każdy historyk, który te papiery studiował. Antoni Dudek, umiarkowany krytyk ustawy, tłumaczy: – Rejestracja rejestracji nierówna. Podczas konsultacji opisałem prezydentowi przykład człowieka zarejestrowanego, który przez dwa lata nie złożył prawdziwego donosu i w końcu urwał się z uwięzi. A takich przypadków było sporo.
Z tego punktu widzenia może lepsze byłoby – pod warunkiem jawności – postępowanie sądu, który prowadziłby nas za rękę, analizując kolejne dowody nieczytelne dla zwykłego śmiertelnika? Tylko że pomijając proces Gilowskiej, sąd lustracyjny zrobił wiele, aby zasłużyć na reputację organu wybielającego, a nie oddzielającego dobro od zła. A z drugiej strony, czy wnioski rzecznika interesu publicznego nie były – do momentu, aż sędziowie wydali wyrok – równie arbitralne jak decyzje IPN-owskiego archiwisty? Czy nie stawiały bohaterów odległych wydarzeń na czas niekończącego się procesu w cieniu podejrzenia? Czy bez jakiegokolwiek wstępnego założenia dotyczącego esbeckich papierów można przeprowadzić lustrację?
Drugi, ważny nie tylko dla braci Kaczynskich, dylemat rozstrzygnąć jeszcze trudniej. Czy ujawniać w całości teczki osób pokrzywdzonych, dziś na wysokich stanowiskach? – Dlaczego ktoś ma poznawać szczegóły z mojego życia podsłuchane przez komunistyczną policję? – pytają ze zrozumiałym rozgoryczeniem bohaterowie podziemia. – Te materiały to potencjalne źródło kłopotów osób publicznych, choćby szantażu – odpowiadają „radykałowie”. Prezydent chce, aby zaczerniać nie tylko fragmenty dotyczące życia seksualnego. Czy jednak w praktyce możliwe będzie oddzielenie tego, co prywatne, od tego, co jest choćby tylko historycznym materiałem?
Reszta to nieomal szczegóły. Lista dawnych OZI? Można ją łatwo skreślić i cała konstrukcja się nie zawali. Groźba, że IPN zatka się masą wniosków o zaświadczenia? I ją można
pokonać – choćby wyłączając niektóre zawody spod lustracji. Czy naprawdę muszą być sprawdzani dzielnicowi radni? Pomysł utrzymania etykietki pokrzywdzonego? Skomplikuje i tak
skomplikowane procedury, ale jeśli ma zapewnić satysfakcję ludziom zasłużonym dla Polski – może warto?
Czy można było napisać lepszą ustawę? Tak. Czy prezydent powinien podpisać obecny tekst, ryzykując, że nowelizacja zwiększy zagmatwanie przepisów, ale nie rozwikła najważniejszych
dylematów? Z pewnością jego weto wywołałoby wrażenie, że obóz IV Rzeczpospolitej przewraca się o własną nogę.
Komu to zawdzięczamy? Po troszę bratu prezydenta, któremu zabrakło woli, aby nad projektem popracować. Po części PO, która wywołała niedobrą wojnę na radykalizmy. Ale prawda jest i taka,
że – powtórzmy raz jeszcze – bezbolesna lustracja to mrzonka. Ten swoisty tor przeszkód, który oponenci lustracji wytyczyli przed jej zwolennikami, warto w końcu przebiec.
Czym szybciej to się stanie, tym będzie mniej bolało.