Oceniając wyniki wyborów, warto mówić głównie o rezultatach elekcji do sejmików wojewódzkich, która stanowiła solidny i najczystszy sondaż. Najczystszy, bo dzięki niemu poznaliśmy
prawdziwe preferencje partyjne rodaków. Przyznaję bez bicia, że na liście kandydatów poszczególnych partii do Sejmiku Województwa Mazowieckiego nie znalazłem żadnego znanego mi nazwiska.
Podejrzewam, że podobny problem miała ogromna większość wyborców. W tej sytuacji ta ogromna większość podejmowała decyzję niemal wyłącznie na podstawie sympatii dla poszczególnych
partii.
Ani triumf, ani zgon
Wybory nieznacznie wygrała Platforma, bo oczywiście nie ma mowy o remisie, o którym wspomina prezydent. Nie wygrała ich jednak tak wyraźnie, by mówić o triumfie. Pamiętajmy, że jeszcze kilka
tygodni temu, tuż po opublikowaniu „taśm prawdy”, Jan Rokita mówił, że czuje nadchodzącą władzę. Więcej nawet, sugerował, że PO mogłaby tę władzę sprawować
samodzielnie. Nic z tego. Gdyby zgodnie z życzeniami Platformy w niedzielę odbyły się wybory parlamentarne, byłaby ona prawdopodobnie skazana na sojusz ze zjednoczoną lewicą. Nieznaczne
wyborcze zwycięstwo Platformy to sukces Donalda Tuska. Dzięki niemu Tusk zachowa przywództwo sprawowane po dwóch wyborczych klęskach, ale wyłącznie z braku alternatywy.
Platforma nie zadała PiS nokautującego ciosu. Premier i jego ludzie mogą mówić nawet o pewnym sukcesie. PiS powtórzyło bowiem niemal wyborczy wynik sprzed roku. Tak jak przywództwo Tuska w
PO, tak i przywództwo Kaczyńskiego w PiS nie może więc być i nie będzie kwestionowane. W tej sytuacji, gdyby jeszcze w sobotę ktoś miał co do tego wątpliwości, absolutnie nierealny jest
scenariusz przewidujący porozumienie tych dwóch partii. Porozumienia nie będzie. Będzie dalsza, wyniszczająca wojna. Samorządowe głosowanie zakonserwowało na długo naszą scenę polityczną,
bo Jarosław Kaczyński już wie, że dzień następnych wyborów będzie dla niego i dla jego partii dniem oddania władzy. I to nawet gdyby PiS zdobyło w nich największe poparcie. Dlaczego? Bo
partia Kaczyńskiego zachowuje poparcie dzięki zjadaniu poparcia, jakim cieszyli się jego obecni i ewentualni przyszli koalicjanci.
Człowiek demolka
Niedzielne wybory są ważne w wielu wymiarach. Jeden z nich to definitywne, jak się wydaje, potwierdzenie tektonicznych zmian w elektoracie PiS. Nie jest bowiem ważny tylko odsetek poparcia.
Perspektywicznie nawet ważniejsze – skąd to poparcie pochodzi. W ciągu roku PiS z partii także wielkomiejskiej stało się partią polskiej prowincji, partią ludzi biedniejszych i
gorzej wykształconych. Widać to nawet w Warszawie. Jeśli PiS wypadło dobrze, to w statystycznie mniej inteligenckiej części prawobrzeżnej. A generalnie wśród ludzi z wykształceniem
podstawowym i zawodowym. Głos głosowi jest równy i nie ma co mówić o jakości elektoratu. Typ elektoratu jest jednak szalenie istotny. A najważniejsze są możliwości jego poszerzenia.
Prowadząc swą, jak to nazywam, wysokooktanową politykę, ciągłe zmiany, gwałtowne ruchy, przyśpieszenia i zrywy, Jarosław Kaczyński zdemolował, zresztą zgodnie ze swym planem, Samoobronę
i LPR. Jednocześnie jednak odciął się od elektoratu wielkomiejskiego. Przez rok lider PiS wypowiadał słowa, które dobrze brzmiały w uszach tych, którym w III RP się nie udało i którzy nie
mają wielkiej nadziei, że radykalnie naprawi im się także w IV RP. Ten roszczeniowy najczęściej elektorat nie potrzebuje nawet obietnic, że będzie mu lepiej. Potrzebuje głównie
racjonalizacji tego, że jest mu tak, jak jest nie z jego winy. Władza wskazała tu winnych – wykształciuchy, łże-elity, układ, stolik do brydża, WSI, szara sieć. Człowiek
szukający przyczyn swoich ewentualnych porażek znalazł wielu winnych, co zwolniło go z potrzeby często smutnej autorefleksji. Dzieląc, bracia Kaczyńscy zdobyli patent na sfrustrowaną część
elektoratu. Jednocześnie jednak odcieli się na własne życzenie od elektoratu, który można zdobyć, wskazując nadzieję na przyszłość, a nie tylko wrogów w przeszłości i
teraźniejszości. W swym exposé premier mówił, że Polska potrzebuje sukcesu, ale przez poprzednich 200 i kolejnych 100 dni z układem postępował tak, jakby Polska potrzebowała
głównie wroga. Część Polski w istocie go potrzebowała. I tylko ta część może być z tego, co się działo w minionym roku, usatysfakcjonowana.
PO pomaga lewicy
Platforma Obywatelska ma skłonność do ulegania, jak mawiał Józef Stalin, zawrotowi głowy od sukcesów. Najczęściej wirtualnych, sukcesami PO bywa bowiem najczęściej pewność i
nieuchronność przyszłych sukcesów. Otóż poparcie dla głównej partii opozycyjnej jest dziś mniejsze niż w większości sondaży z ostatnich dwóch miesiącach, co pokazuje, że w czasie
kampanii wyborczych partia ta raczej traci niż zyskuje. Zysk o niemal 30 proc. w zestawieniu z zeszłorocznymi wyborami parlamentarnymi jest oczywiście całkiem spory. Ale nie jest on imponujący,
gdy myśli się o tym, jak wiele zrobiło PiS, by odciąć się od większości elektoratu. PO nie dostała żadnej premii za coś, co zrobiła. Dostała jedynie premię za błędy popełnione przez
władzę. Wzrost poparcia to wzrost poparcia, powie ktoś. Nie do końca. Wystarczy zwrócić uwagę, że beneficjentem potknięć, błędów, a często samobójczych kroków PiS niemal w tym samym
stopniu co Platforma jest zjednoczona lewica. A porównując poparcie dla niej w zeszłorocznych i w tegorocznych wyborach, można powiedzieć, że owa lewica, czy jak chcą jej przywódcy,
centrolewica, jest nawet beneficjentem większym, bo dynamika poparcia dla niej jest lepsza niż w wypadku PO. Widać tu nie tylko skutek błędów PiS, ale także skutek zaniechań PO. Wystarczało
spojrzenie na naszą scenę polityczną, by stwierdzić, że jednym z dwóch priorytetów powinno być dla Platformy, poza zachowaniem jedności partii, powstrzymanie wzrostu wszystkiego, co urodzi
się w okolicach postkomunistycznej lewicy. W sprawie lustracji, WSI czy stosunku do mniejszości seksualnych PO wciąż walczyła jednak o palmę pierwszeństwa w radykalizmie z PiS. I jeśli dziś
wyprzedziła Prawo i Sprawiedliwość, to głównie dzięki temu, że zjednoczona lewica nie ma dziś przywódcy na miarę, przy wszelkich jego słabościach, Aleksandra Kwaśniewskiego.
Mamy więc w polskiej polityce swego rodzaju równowagę deficytów. PiS nie może być partią polskich miast, bo przywódca tej partii nie potrafi posługiwać się językiem, który nie
antagonizowałby części społeczeństwa. PO nie może liczyć na wielki sondażowy skok, bo jej przywódca nie potrafi sprawić, by partia zdobywała poparcie ze względu na nią samą, a nie tylko
z poczucia desperacji ludzi, którzy władzy nie lubią albo się jej boją. Zjednoczona lewica mogłaby odgryźć całkiem spory kawałek elektoratu PO, ale nie może ze względu na brak realnego
przywództwa. Samoobrona przestaje politycznie istnieć, bo jej lider wciąż nie potrafi pogodzić dwóch ról, których pogodzić się mimo jego prób nie da – roli poważanego polityka i
bywalca salonów z rolą ludowego trybuna. LPR przestaje istnieć, bo nie może w Polsce funkcjonować partia skrajna, która jest na długu tlenowym – tlenem jest poparcie ojca Rydzyka.
Nie może szczególnie, gdy elektorat skrajny znalazł sobie mocniejszego ulubieńca.
Ucieczki do przodu
O przyszłości naszej polityki zdecyduje to, kto najlepiej i najszybciej poradzi sobie z własnym deficytem. Czy Jarosław Kaczyński dostrzeże, że szansę na przedłużenie swej władzy ma
wyłącznie wtedy, gdy zdecyduje się na prowadzenie „nieinwazyjnej polityki”, choćby w wariancie zaproponowanym przez Kazimierza Marcinkiewicza? A może w poczuciu, że zostały
mu niecałe trzy lata, zdecyduje się na kolejne przyśpieszenie, wychodząc z założenia, że jeśli IV RP nie ma być obśmianym fantomem, ale realnym i osiągniętym celem politycznym, na szalę
trzeba rzucić wszystko – tu i teraz? Donald Tusk musi się zdecydować, czy jego pomysłem na obecność w polityce ma być wyłącznie krytykowanie PiS i Kaczyńskich, czy też warto
byłoby jednak Polakom powiedzieć, jaka miałaby być ta Polska rządzona przez PO? Czy rywalizować zaciekle o prawicowy elektorat, czy może przesunąć się politycznie w lewo, wychodząc z
założenia, że prawdziwe niebezpieczeństwo może nadejść właśnie z tej flanki. Zjednoczona lewica musi odpowiedzieć na pytanie, czym ma być jej lewicowość. I czym ta jej lewicowość ma
się różnić od lewicowości PiS, akceptowanej i kupionej przez miliony Polaków. Po kolejnych woltach Andrzeja Leppera można odnieść wrażenie, że ma on tylko jeden wybór – czy
politycznie woli umrzeć w koalicji, czy w opozycji. LPR już nie żyje. Warto natomiast zwrócić uwagę, że całkiem nieźle ma się PSL. Ucieczka od natrętnej roszczeniowości w stronę
politycznego i gospodarczego racjonalizmu wcale tej partii nie zabiła. Trudno się oprzeć wrażeniu, że nawet tchnęła w nią nowe życie.
Co dalej? Adresatem tego pytania powinien być Jarosław Kaczyński. To, co się stało wczoraj, jest w ogromnym stopniu skutkiem tego, co i jak zrobił, oraz tego, czego zdecydował się nie
uczynić. Jeśli premier chce, by jego ekipa i jego władza nie weszły w stan agonalny, musi się zdecydować na ucieczkę. Oczywiście do przodu. Problem w tym, że jak pokazał ostatni rok, lider
PiS najczęściej decyduje się na ucieczkę w przeszłość. Z szafy Lesiaka i z archiwum WSI to i owo może jeszcze wylecieć. Nie wylecą z nich jednak na pewno recepty na nowoczesną Polskę ani
inspirujący pomysł na politykę.
Tomasz Lis, publicysta polityczny, dziennikarz, twórca programów „Fakty” w TVN, „Wydarzenia” i „Co z tą Polską?” w Telewizji Polsat. Autor książek „Co z tą Polską?” i „Nie tylko fakty”. Ostatnio ukazała się „Polska, głupcze”. Otrzymał m.in. pięć Wiktorów, tytuł Dziennikarza Roku 1999, był laureatem konkursu Telekamery 2006, otrzymując nagrodę dla najlepszego publicysty.