Losy świata jeszcze nigdy nie zależały od tak niewielu wyborców. Imperium, jakim są Stany Zjednoczone, co cztery lata wybiera de facto prezydenta świata, a co dwa lata parlament będący parlamentem lokalnym i jednocześnie ogólnoświatowym. Te wybory prezydenckie i parlamentarne mają o wiele większy wpływ na losy całej naszej planety niż Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych. Powstaje zatem pytanie: lepiej być uzależnionym od demokratycznego imperializmu Stanów Zjednoczonych, czy od realistycznego cynizmu Zgromadzenia złożonego głównie z despotów?
Obok tego amerykańskiego imperializmu demokratycznego pojawia się kolejny paradoks: ta połowa amerykańskich wyborców, która raczy głosować, kieruje się w swoich wyborach interesami i
namiętnościami o wybitnie lokalnym charakterze – i to w dużo większym stopniu niż rozległymi rozważaniami o charakterze światowym. Przewaga Demokratów w ostatnich wyborach
parlamentarnych nie wynikała z odrzucenia sposobu, w jaki George W. Bush rządzi Ameryką, polityki wobec Iraku, terroryzmu, klimatu i planety, choć te sprawy nie były bez znaczenia. Jednak
ważniejsze dla wyników okazały się nakładające się na siebie lokalne małostki, mędrkowania dotyczące życia płciowego pastorów, dyskusje o stosowności małżeństw homoseksualnych,
przyjmowania lub nie meksykańskich imigrantów. Dzieje się tak dlatego, że w Stanach Zjednoczonych wszelka polityka ma charakter lokalny, fala opinii publicznej rozpryskuje się na tysiące
maleńkich kłótni, które rozszyfrować potrafią tylko lokalni eksperci od wyborów w stanie Iowa lub Kansas. Gdybyśmy chcieli sprowadzić całość do debaty lewica – prawica,
zafałszowalibyśmy esencję amerykańskiej polityki. Choć oczywiście te lokalne historie prowadzą do statystycznego zwycięstwa któregoś z obozów. Naturalnie obóz ten będzie podkreślał
ogólnokrajowy charakter swego zwycięstwa, natomiast przegrani – wyłącznie lokalne znaczenie porażki.
Czas na zmianę
Zauważmy, że nawet zwycięscy Demokraci nie odważyli się wspomnieć o referendum przeciw Bushowi czy wojnie w Iraku. Zdają sobie sprawę, że ich wygrana jest nieznaczna. Wynika ona nie tyle z
przystąpienia Amerykanów do Partii Demokratycznej, co z częściowego – lecz nie masowego – odrzucenia przez nich dotychczasowej republikańskiej większości. Tę większość
zniszczyło sześć lat posiadania władzy prezydenckiej, burzliwe rządy prezydenta i dwanaście lat większości parlamentarnej. Czas na zmianę władzy i na kohabitację musiał kiedyś nadejść;
tym bardziej że w amerykańskich instytucjach jest ona raczej regułą niż wyjątkiem. Czy podejmowanie decyzji jest z tego powodu opóźnione, a nawet blokowane? Oczywiście, że tak, ale tak chce
amerykańska konstytucja. Jej autorzy obawiali się przede wszystkim despotyzmu. Ich ambicją było, by każda władza miała swą przeciwwagę. To, że Bush kontrolował obie Izby i Sąd Najwyższy,
było tylko wypadkiem przy pracy. Następuje powrót do pracowitych negocjacji jako do naturalnego sposobu funkcjonowania władzy. Oto powraca autentyczna, normalnie funkcjonująca demokracja
chroniąca kraj przed wszelkimi porywami i skłonnością do tyranii.
Nie można się więc spodziewać spektakularnych inicjatyw ani w sprawie wojny z terroryzmem, ani w Iraku. Nie pozwoli na to kohabitacja partii, a w większym jeszcze stopniu ich ideologiczna niepewność. Republikanie i Demokraci chętnie spierają się ze sobą w kwestiach społecznych. Pierwsi są za redukcją podatków, która ma pozwolić na wzrost przedsiębiorstw, drudzy zaś za wzmożoną obecnością państwa mającą sprawić, że zwiększy się ochrona socjalna. Jednak prawdę mówiąc, różnice między obiema partiami są zaledwie marginalne, ponieważ obie są za gospodarką całkowicie kapitalistyczną i nikt nie będzie temu na poważnie przeczył. Ten konsensus zapewni Stanom Zjednoczonym wzrost gospodarczy i stały deficyt zewnętrzny. Oba czynniki będą motorami gospodarki światowej, dzięki którym cały świat – tak biedni, jak bogaci – ma zapewniony szybki rozwój.
Pozostaje sprawa polityki zagranicznej. Tu jasne rozróżnienie obu partii staje się skomplikowane. Największy pacyfista pośród Demokratów, przewodniczący partii Howard Dean, ogłosił już,
że jego największą ambicją jest zwycięstwo nad terroryzmem i wygrana w Iraku; Hillary Clinton, senator z ramienia Partii Demokratycznej, nie pozostaje w tyle i chce więcej amerykańskich wojsk
w Iraku; senator Joe Liberman, choć jest demokratą, został ponownie wybrany dzięki swemu nieprzejednanemu wsparciu dla wojny w Iraku. Demokraci wyróżniają się więc, podkreślając złą
strategię Busha, jednak dotąd nie zaproponowali żadnej alternatywnej. Charakteryzuje też ich pewna skromność analiz: to Republikanie nazwali interwencję w Iraku i inne działania wojskowe
„czwartą wojną z islamo-faszyzmem”. Demokratów zadowoliłaby już stabilizacja w Iraku, niekoniecznie nawet demokratyzacja. – Powinna ona nastąpić w ciągu trzech
lat – mówi Nancy Pelosi, przyszła przewodnicząca Kongresu – aby stało się możliwe wycofanie stamtąd amerykańskich żołnierzy.
Skazani na kohabitację
Demokraci, w przeciwieństwie do Republikanów, mają w walce z terroryzmem większe zaufanie do policji i działań szpiegowskich niż do wielkich operacji wojskowych. Jednak i Republikanie stali
się ostrożni – poza wielkim przegranym tych wyborów, neokonserwatywnym marginesem, który jest za bombardowaniami w Iranie i Korei Północnej. Jednak kształt przyszłej ewolucji
Demokratów i Republikanów w większym stopniu będzie zależał od samego biegu wydarzeń; bardziej nawet niż od wielkich teorii ideologicznych. Teoriom tym (droga Demokratom jest soft power,
bliższa Republikanom hard power) po 11 września nieustannie przeczy elastyczność działań przeciwnika. Nie wiadomo, czy jest on islamsko-faszystowski; jednak każdego dnia można się
przekonać, że się zglobalizował i stał nieuchwytny.
My, widzowie w różnym stopniu zagrożeni terroryzmem, w różnym stopniu zaangażowani w działania wojenne, nie mogliśmy oczekiwać lepszego wyniku amerykańskich wyborów. Dla pokoju –
nawet jeśli nie z islamskimi faszystami, radykalnymi islamistami i innymi integrystycznymi odłamami prowadzącymi wojnę z Zachodem, bo ten nie jest możliwy – to najlepszy możliwy
wynik. Obie partie i prezydent zostali skazani przez wyborców na kohabitację, a co za tym idzie, na wspólne radzenie sobie z konfliktem. Nie daje to gwarancji na szczęśliwe i szybkie
rozwiązanie, ale powinno w przyszłości uchronić nas przed pospiesznymi decyzjami i nieprzemyślanymi odruchami.
Ten wymuszony konsensus powinien także wzmocnić siłę amerykańskiej armii. Amerykańska lewica akademicka będzie wolała mówić o kompleksie militarno-przemysłowym. Niezależnie od tego,
czy taki kompleks rzeczywiście istnieje, politycy będą teraz całkowicie zdani na wojskowych. Ci zaś nie chcą słyszeć o wycofaniu wojsk.
Demokracja minimalistyczna
Generałowie, nie czekając na wyniki wyborów, dogłębnie przemyśleli błędy strategiczne popełnione w Iraku. Pierwszym było użycie metod
pierwotnie opracowanych na potrzeby walki z wojskami radzieckimi, czyli maksymalnej siły rażenia. Nie wyobrażali sobie, że będą potem musieli bezpośrednio zarządzać zrujnowanym krajem. Nie
spodziewali się na przykład, że wszyscy przedstawiciele administracji porzucą swoje funkcje i pozostawią najeźdźców samym sobie. Konieczność improwizowania sprawiła, że wojskowi
popełnili bardzo wiele błędów, często wynikających z nieznajomości lokalnych tradycji, niedoceniania wagi przynależności religijnej i plemiennej. Nie oczekiwali także, że profesjonalni
terroryści, członkowie Al-Kaidy i dawni oficerowie partii Baas, wykażą się tak wielką inteligencją taktyczną. Dzięki niej wyszkolili i zmobilizowali na miejscu całe armie nowych
rekrutów.
Podstawowy wniosek, jaki amerykańskie dowództwo wyciąga z powyższych stwierdzeń, brzmi następująco: militarna przewaga nie zdaje się na zbyt wiele. Najważniejsza jest legitymizacja nowego rządu (tak w Iraku, jak w Afganistanie) i legitymizacja obecności Amerykanów (oraz ich sprzymierzeńców). Legitymizację można osiągnąć, przestrzegając miejscowych obyczajów. Albo zatrudniając wojsko do zadań humanitarnych i administracyjnych: amerykański żołnierz będzie nie tylko żołnierzem, ale także przedstawicielem administracji i zapozna się z miejscową rzeczywistością. Sposoby zarządzania zostaną całkowicie zmienione, aby ów żołnierz mógł przejąć inicjatywę, której wymaga od niego sytuacja, nie czekając na teoretyczne rozkazy od przełożonych. Walka z powstaniem rozegra się u podstaw dzięki stosunkom, jakie wojskowi nawiążą (lub nie) z miejscową ludnością. Czy celem działań na Bliskim Wschodzie jest wprowadzenie demokracji? Pragnienie wprowadzenia demokracji, brzmi odpowiedź, zostało zrewidowane i musi być „minimalistyczne i realistyczne”.
Główne zarysy tej nowej amerykańskiej strategii nie zostały jeszcze upublicznione, ale już wprowadza się je w życie. W szkole dla wyższej kadry oficerskiej – Combined Arms Center w Fort Leavenworth (Kansas), dowodzonej przez generała Davida Petraeusa – program szkolenia priorytetowo traktuje kulturę, odpowiedzialność żołnierza, lepszą znajomość przeciwnika i terenu. Wśród lektur obowiązkowych znalazło się dzieło francuskiego oficera Davida Galuli, opublikowane w 1961 roku, a wykorzystujące wnioski z wojny domowej w Wietnamie i Algierii. Mimo upływu całych wieków, niezależnie od szerokości geograficznej, wojny domowe – tłumaczą w Fort Leavenworth – są zawsze identyczne. W każdym przypadku powodzenie albo klęska powstania zależą od stosunków pomiędzy wojskami interwencyjnymi i miejscową ludności; po której stronie – powstańców czy wojska – opowie się ludność, kiedy znajdzie się pod ostrzałem z obu stron? „Potrafiliśmy wygrywać tego typu konflikty – wyjaśnia generał Petraeus – na Filipinach w XIX wieku i w Salwadorze w latach osiemdziesiątych XX wieku; ale zapomnieliśmy, jak się to robi”. Amerykańska armia rozpoczęła więc potężne przygotowania do sesji poprawkowej.
Kto okaże się najszybszy w tym wyścigu zmierzającym do opracowania najbardziej efektywnej strategii: powstańcy czy Amerykanie? A ofiary? Czy wojsko godzi się z tymi trzema tysiącami ofiar w
Iraku? Liczba ta, w porównaniu z użytymi siłami, uważana jest przez wojskowych za skromną. Zapewniają mnie, że „szanse przeżycia w Iraku są znakomite”! Morale armii
pozostaje więc nietknięte; od nowej większości armia zażąda tylko pieniędzy.
Wobec tego, że wojskowy establishment już ustalił, jaki będzie następny etap wojny, płynący w jednej łodzi Demokraci i Republikanie mają tylko jedno wyjście: pójść śladem
wojskowych.
Guy Sorman, pisarz, filozof, publicysta, stały współpracownik „Dziennika”. Zadebiutował w 1983 roku pracą „Neokonserwatywna rewolucja amerykańska”. Ostatnio opublikował portretującą przemiany we współczesnych Chinach książkę „Rok koguta” (2006)