Dziennik Gazeta Prawana logo

"Skończcie kampanię wyborczą!"

12 października 2007, 14:17
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
"Polacy to nie tylko anonimowy i działający na zasadzie odruchów elektorat. Polacy widzą i ocenią. A historycy za kilka dekad zapytają Tuska i Kaczyńskiego, co zrobili z dobrą koniunkturą i niepowtarzalną szansą zreformowania postkomunistycznego kraju" - pisze w "Fakcie" Michał Karnowski.

Partyjne maszyny propagandowe nie zwalniają ani na chwilę. Dzień po wyborach triumfalne marsze trąbią w PO, na lewicy i w PiS. A przecież jeśli wyniki czytać na zimno, to wyraźnie widać, że nie ma mowy o żadnym wielkim przełomie. Co więcej, jak wynika z sondażu przeprowadzonego przez TNS OBOP na zlecenie Faktu, zdecydowana większość Polaków nadal chciałaby, by PiS i PO rządziły wspólnie. Choć z drugiej strony ankietowani są realistami. Sondaż wyraźnie pokazuje, że Polacy dobrze wiedzą, że te dwie partie się nie odgadają.

Opozycja dominuje w wielkich miastach, ale już nie w całym kraju. Prawo i Sprawiedliwość ma podobne jak rok temu poparcie Polaków. A zjednoczona lewica i demokraci mają w sumie na co zwraca uwagę nawet eseldowska „Trybuna mniej niż rok temu, gdy w wyborach parlamentarnych te cztery partie startowały osobno.

Oczywiście, te wybory mają w sobie wielki urok całej palety lokalnych barw i liderów z charyzmą i talentem. Może to skłaniać do pochopnych wniosków i analiz. To byłby błąd. Pojedyncze dobre wyniki na przykład ludzi lewicy to za mało, by zmienić ogólny obraz sytuacji. Z jednym wyjątkiem zaskakująco dobrym wynikiem Marka Borowskiego w Warszawie. To rzeczywiście ważne. Przede wszystkim jednak dla wewnętrznej walki o władzę w obozie Lewicy i Demokratów, a nie dla całej sceny politycznej.

Znaczący będzie też ostateczny wynik starcia o Warszawę. To ważne miasto, liderzy partyjni od dawna podkreślali wagę tych wyborów, a prezydentura stolicy sama w sobie daje ogromny prestiż. Podobne znaczenie ma klęska Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin. To czyści zaplecze Jarosławowi Kaczyńskiemu, uwalnia od konieczności ciągłego oglądania się na koalicjantów, ale nie zmienia ogólnego układu sił.

Ten układ to utrzymująca się polaryzacja PiSPO. Wybory 12 listopada przyniosły im remis. Obie partie centroprawicowe mogą liczyć na poparcie podobnej liczby Polaków. To wreszcie ogromne emocje bijące z programów informacyjnych, z łamów gazet i z płatnych reklam, w których lodówki rywalizują z dywanami.
Tych emocji nie można łatwo ganić. Polska dokonuje ważnych wyborów, dokonuje znaczącej korekty polityki prowadzonej przez ostatnie 17 lat. Zozumiałe więc, że budzi to ogromne spory. Często bardzo ważne, jak debata o edukacji czy policji antykorupcyjnej. Te sprawy mają przecież ogromny wpływ na nasze codzienne życie!
Niestety, takich dobrych sporów, w centrum których stoją polskie rodziny i ich problemy, była mniejszość. Na co dzień politycy opozycji próbowali przekonywać nas, że najważniejszy jest koszmarny rzekomo charakter i dyktatorskie zapędy Jarosława Kaczyńskiego, porównywanego nawet do Gomułki. Albo że ewentualne zwycięstwo ludzi PO miałoby oznaczać katastrofę, powrót do najgorszych patologii III RP i utrwalenie „układu. A przecież nowu, na zimno patrząc, i jedno i drugie nie jest prawdą.

Niczym wierni uczniowe Machiavellego XVI-wiecznego filozofa, autora brutalnego traktatu o metodach sprawowania władzy liderzy PiS i PO przez ostatni rok uważali, iż lepiej jest budzić strach niż miłość. Bo miłość jest niezależna od władcy, a strach można dozować. Straszyli nas więc sobą nawzajem, kontynuując de facto kampanię z roku 2005. A właściwie jej końcowkę, gdy puściły wszelkie hamulce i każda metoda, by osłabić przeciwnika była dozwolona. Gdy PiS chwycił władzę, a Platforma została skazana na opozycyjność, wzajemny konflikt uznano za najprostszy i najtańszy sposób budowania poparcia dla każdej z obu partii. Bo przecież budzić miłość czy choćby uznanie za pozytywny dorobek Polaków jest dużo trudniej. Stąd w dorobku PO zaledwie kilka projektów rzeczywiście i konkretnie polemizujących z tym, co robi PiS, choć i te warto zauważyć, jak choćby zapowiadany pakiet startowy dla młodych, mający ich zachęcić, by zostali w kraju.
Dlatego PiS skupił się na ważnych, ale przecież niejedynych, obszarach związanych z resortami zajmującymi się bezpieczeństwem zewnętrznym i wewnętrznym, a tak szybko porzucił projekty reformy finansów publicznych, sektora państwowego w gospodarce i hasła tańszego państwa. A przecież to pod tymi hasłami kryje się ograniczenie biurokracji, lepsza obsługa w urzędach.

Te sprawy wymagają jednak ciężkiej pracy i wiedzy. Polacy w 2005 roku słusznie czuli, że żadna z partii samodzielnie nie potrafi odpowiedzieć na te wyzwania. Za mało umiejętności, za mało ekspertów. Dlatego postawili na PO-PiS. Ponad połowa wyborców została jednak zdradzona, została to określenie Donalda Tuska - „sierotami po popisie. Kampania trwała cały rok.

A teraz? A dalej? Większości komentatorów umyka ważny fakt iż przez kolejne dwa lata nie będzie żadnych wyborów. Dopiero w połowie 2009 roku wybierzemy posłów do Parlamentu Europejskiego, a kilka miesięcy później do Sejmu. Kluczowe dziś pytanie to kwestia, czy przez kolejne 24 miesiące będziemy mieli nieustająca kampanię? Może i nawet w sejmikach wojewódzkich, gdzie ani partia Kaczyńskiego, ani Tuska nie jest w stanie samodzielnie rządzić? To niepokojąca perspektywa. Niespecjalnie interesuje dziś mnie, kto będzie lepszy w tym brutalnym starciu. Bo ono będzie bez sensu, bo ono zmarnuje kolejne miesiące szansy na dobre reformy, na poprawę życia Polaków i jakości naszego państwa.

Co zatem można zrobić? Należy wyjść od prawdy, od chłodnej analizy. Platforma jest skazana na opozycyjność, ale ma ogromną szansę na samodzielne rządy po kolejnych wyborach. PiS władzy nie odda, ma czas, by pokazać co potrafi. Tak będzie. Politycy obu formacji powinni to zaakceptować. Polemizować, ale nie wojować. Uznać, że adna ze stron nie jest czystym dobrem lub samym dobrem. Uspokoić choć trochę propagandowe maszyny i największych harcowników. Pomyśleć nad pozytywnymi projektami.Platforma powinna poważnie rozważyć ofertę PiS dotyczącą współpracy w sejmikach samorządowych. Nawiązać do dorobku tych 20 prezydentów i setek wójtów oraz burmistrzów, którzy już w pierwszej turze zapewnili sobie ponowny wybór. Oni nie unikali wielkich politycznych mów, ale mieli do zaproponowania coś jeszcze. Zwykle dużo. Polacy to nie tylko anonimowy i działający na zasadzie odruchów elektorat. Polacy widzą i ocenią. A historycy, za kilka dekad przeczytają gazety i zapytają Tuska i Kaczyńskiego, co zrobili z dobrą koniunkturą i niepowtarzalną szansą zreformowania postkomunistycznego kraju.
A zatem wysłuchajcie jeszcze jednej rady Machiavellego za wszelką cenę należy „usilnie unikać nienawiści.

Michał Karnowski, publicysta DZIENNIKA
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj