Mówi się, że to Adam Michnik wezwał do kraju Aleksandra Kwaśniewskiego, aby - nieco zziajany po podróży - były prezydent przemówił przed kamerami na rzecz Hanny Gronkiewicz-Waltz. Jeśli
pojęcie „koalicja III Rzeczpospolitej” cokolwiek znaczy, zobaczyliśmy ją na moment niczym układankę, którą na co dzień mamy szansę obserwować w wielu oddzielnych
kawałkach. Co więcej, te kawałki skleiły się na krótko i nie do końca. Bo Platforma Obywatelska nie chciała wywoływać wrażenia, że swoje pewne zwycięstwo w stolicy zawdzięcza łasce
lewicy. A z kolei spora część obozu lewicowego, łącznie z bliskim Kwaśniewskiemu Wojciechem Olejniczakiem, uznała te wybory za początek powrotu do pierwszej ligi, więc też chciała się
wybić na niepodległość.
Zaniepokojenie Michnika i Kwaśniewskiego można zrozumieć. Stolica miała być symbolicznym Waterloo, cmentarzem PiS. Miejscem jego ostatecznego pognębienia. Symbolem wieszczonego przez
komentatorów i polityków opozycji – po części zresztą trafnie – wypierania tej partii z wielkich miast. Z kręgu wyborców bardziej wykształconych, młodszych i zaradnych.
Marcinkiewicz wygrany, ba nawet i przegrany niewielką różnicą głosów – czytelnicy będą już znać w poniedziałek wyniki – to znak, że partia Kaczyńskiego może jeszcze
próbować zmienić to, co nieuchronne.
Więcej – że spróbuje zmienić! Pytani o „nowe otwarcie” najbliżsi doradcy Kaczyńskiego uśmiechają się tajemniczo. Co to ma być? Pokazowe pozbycie się części
ministrów? Wprowadzenie na najwyższe piętra władzy kogoś w typie Zyty Gilowskiej, kto pomoże w dotarciu do wyborców zdawałoby się straconych raz na zawsze? I kto miałby być tym kimś? Jan
Rokita? Brzmi to ciągle jak żart. Tyle że polska polityka pokazała niejednokrotnie, że wszystko jest możliwe.
Pewne jest, że medialne talenty byłego premiera to za mało. Nowe otwarcie nie może być ciągiem PR-owskich sztuczek czy prób kupienia tego czy innego polityka. Musi stać się zmianą stylu.
Zarówno rządzenia, jak i komunikowania się z wyborcami. Musi zakończyć czas bezradnego dreptania w miejscu. Wynikłego po części z handryczenia się z koalicjantami. Ale i z braku klarownej
odpowiedzi na pytanie: po co rządzimy? Czy tylko dla ogłoszenia listy kilkudziesięciu agentów WSI i zastępowania w różnych punktach państwa nie swoich ludzi swoimi? Ale jeśli tak, to czy
warto płacić tak wielką cenę jak koalicja z Giertychem i Lepperem? Czy nie lepiej rozwiązać parlament i zacząć wszystko od początku jako silna opozycja. Wszystko łącznie ze zdefiniowaniem
na nowo własnych celów. Nie – odpowiada Kaczyński – spróbujmy raz jeszcze w tym parlamencie i w tym rządzie. Nie będzie to łatwe. Nie wiadomo, od którego momentu obecnemu
premierowi zaczęła się marzyć budowa wielkiego bloku ludowo-narodowo-chrześcijańsko-jakiegoś tam jeszcze. Żeby był skuteczny, musiał obejmować najróżniejsze grupy. Od narodowców po
umiarkowanych liberałów. Od zmęczonych przemianami moherów po młodych japiszonów, rozczarowanych słabościami i patologiami państwa, czekających na odblokowanie własnego pokoleniowego
awansu. Sojusz z Samoobroną i LPR zdawał się częściowo grzebać ten koncept.
Co prawda politycy PiS zaprzeczają, że ponieśli w wyborach samorządowych klęskę. Dostali – nawet w przy wyłanianiu sejmików – więcej głosów niż w wyborach
parlamentarnych. Co więcej, nie wepchnięto ich całkiem do skrajnie prawicowego narożnika. Owszem, przechwycili kilka procent Ligi, ale już rozczarowani zwolennicy Leppera są dziś raczej przy
PSL. Większość dawnych stronników PiS wytrwała przy Kaczyńskich, pomimo ich wpadek i dwuznacznych kompromisów.
Tyle że ambicje Kaczyńskich sięgają dalej niż nieco ponad 20-procentowy wynik. Jeśli wzorcem jest dla nich niemiecka chadecja, to wydusiła ona jeszcze w latach 50. konkurentów po prawej
stronie, ale zachowała wpływy wśród wyborców nielubiących skrajności. Węgierski Fidesz tak mocno ściskał w swoich objęciach prawicowo-populistycznych radykałów, że nic z nich nie
zostało. A jednak utrzymał się także w centrum, zachował poparcie prawie połowy Węgrów.
Kaczyńscy tej „prawie połowy” nie mają. Czy jednak rzeczywiście są bez szans? To prawda bywają zbyt gwałtowni, a Polaków próbują wychowywać w mocno staromodnym stylu,
jak nadąsani wujaszkowie. Ale zwłaszcza Jarosław pokazał, że ma niezły słuch społeczny i potrafi się wykazać zdumiewającym pragmatyzmem. Zaplątany we własne fobie i w codzienne trudy
rządzenia, także w logikę własnej partii i ideologii, może być jednak zdolny do śmiałego obejścia przeciwnika, do manewru zdobycia choć części centrum. Zwłaszcza że otrzymał kilka
darów losu.
Pacyfikacja koalicjantów to nie tylko przejęcie części ich wyborców. Także wywołanie w umysłach nadpobudliwych liderów dysonansu poznawczego. Lepper nie wie, co mu się bardziej opłaca:
kolejny bunt czy spokojne konsumowanie korzyści wynikłych z ministrowania. Giertych musiał zauważyć, że nawet sto konferencji prasowych zwraca sympatię tych, którzy chcą porządku w
szkołach raczej ku jego potężniejszemu sojusznikowi niż ku niemu. To zapewnia Kaczyńskiemu względny spokój na tej flance przynajmniej na kilka miesięcy. A jeśli zaczną się kolejne zajazdy
i bunty, wyborczego straszaka PiS może się obawiać dużo mniej niż jego wspólnicy w rządzeniu.
Żywotność, jaką wykazali liderzy PiS, wychodząc z kryzysu związanego z taśmami Beger, to groźne memento dla opozycji. Ale nauczka powinna mieć charakter bardziej systemowy. Skoro PiS
znalazł się chwilowo bliżej skraja, Platforma powinna się rozpierać w centrum, ale też próbować pozyskać wielu rozczarowanych zwolenników IV RP. Oczywiście dylemat, jak grać i na tych,
którzy są sierotami po POPiSie, i tych którzy wierzą, że III RP warta jest obrony. To stąpanie po linie. Ale czym jest w tej sytuacji próba marginalizacji Jana Rokity? Nie podjęta przecież
dopiero przy okazji sporu o to, którego kandydata poprzeć w Krakowie. Toż to czyste samobójstwo. Tusk powinien pamiętać, że bezkrytyczne słuchanie rad „Gazety Wyborczej” i
„Polityki” może go zaprowadzić tam, gdzie są dziś Demokraci. Do roli podrzędnego pomocnika Wojciecha Olejniczaka i stojącego za nim Krzysztofa Janika.
W dodatku PO czeka teraz okres wewnątrzpartyjnych swarów i rozliczeń. Jej lider tak dalece uwierzył, że może zbudować partię zwartą, że zamknął ją na nowe myśli i środowiska bardziej
jeszcze od Kaczyńskiego. Nieliczny dwór – Rafał Grupiński czy Grzegorz Schetyna – nie zastąpią prawdziwej burzy mózgów. Widać to już dziś po zdumiewających kiksach:
rozmawianiu, nie rozmawianiu... i znów rozmawianiu z lewicą. Ale widać to będzie w jeszcze większym stopniu po sposobie, w jaki Platforma przeprowadzi samoocenę swojej pozycji na scenie
politycznej.
Zwłaszcza że kolejną okolicznością sprzyjającą Kaczyńskiemu jest początek wojny o prymat w opozycji. Adam Michnik czy Marek Borowski chcieliby jej uniknąć. Ale trudno o to, gdy ambicje
liderów są ze sobą sprzeczne, a żarłoczność lewicowych młodych wilczków może niedługo zacząć przypominać żarłoczność Niemiec depczących przed pierwszą wojną światową po
piętach sytej i dufnej w swoją potęgę Anglii. Na dokładkę wieszczony przez wielu publicystów dylemat: „jak PO ma się odróżniać od PiS”, zaczyna się zmieniać w problem
nie mniej poważny: „jak różnić się od SLD”. Jest on nawet poważniejszy, bo dotykający istoty tożsamości Platformy idącej do parlamentu jako partia zmiany, a dziś
narzekającej na Rokitę, że – zacytuję jednego z liderów – „wrobił nas w lustrację i likwidację WSI”. Ale to również problem coraz trudniejszej
konkurencji, Tusk może pokładać nadzieję w długiej pamięci wyborców wciąż kojarzących młodziaków pokroju Olejniczaka i Napieralskiego z Rywinem i Starachowicami. Jednak tej amunicji nie
starczy na długo. Rozpierająca się we wszystkich kierunkach PO może być już wkrótce ściśnięta z obu stron jak w obcęgach. Z jednej przez lewicę, z drugiej przez partię Kaczyńskiego.
Medialne zwody Marcinkiewicza biorącego w ostatniej chwili szturmem Warszawę to pierwszy krok ku takiemu scenariuszowi.
Ten scenariusz może być pisany dalej – pod pewnymi warunkami. Sam lifting nie wystarczy. Odwiedzający niedawno skrzywdzonego biznesmena Romana Kluskę, premier bardzo podobno przeżywał
kłopoty, jakich doznają przedsiębiorcy, także ci drobni, w zmaganiu z gorsetem biurokratycznych ograniczeń. Ludzie z jego otoczenia zapowiadają, że „Kaczyński wkrótce coś z tym
zrobi”. Wbrew pozorom będzie to gest nie tylko na rzecz drobnych posiadaczy, ale miejskich wyborców, którym takie reformy się podobają. Jeżeli do niego w ogóle dojdzie.
Czasem wystarczy sięgnąć po własny dorobek. Gdzieś głęboko w cieniu Anna Strężyńska, mianowana do Urzędu Telekomunikacji, notabene przeciw woli Kaczyńskiego, prowadzi konsekwentnie walkę
o jej zdemonopolizowanie. Sejm uchwalił ostatnio, bez niczyjego zainteresowania, ustawę usprawniającą pracę sądów gospodarczych będących od lat zmorą inwestorów, także tych zagranicznych.
Takich przykładów jest na razie nie za wiele. Ale są. Dlaczego Polacy o tym nie wiedzą? Również dlatego, że PiS ma sam zdumiewającą zdolność pogarszania swojego wizerunku.
Czasem to jednak coś więcej niż kłopoty z wizerunkiem. Chcąc się pozbyć garbów, PiS musi się postarać o bardziej przemyślaną i lepiej sprzedawaną politykę zagraniczną. Chcąc coś
zrobić z publicznymi finansami, rząd musi sprawdzać, jakie są losy pomysłu na „zadaniowy budżet” pozwalający wydawać sensowniej każdą publiczną złotówkę. I tak
dalej, i tym podobnie. Sama twardość ministra Gosiewskiego pilnującego z kijem poszczególnych ministrów nie wystarczy. Potrzebna jest też zasada – nieraz bardzo, jak w przypadku
miinister Anny Fotygi, bolesna – prymatu myślenia o skutkach nad uleganiem słabościom, pokusom, przyjaźniom.
Może największym garbem jest wyzwanie na miarę szczególnie zręcznego przywódcy: jak dalece partia rządząca ma dziś ulegać ideologii. Nawet nie własnej, a środowisk, które zdobyły w PiS
znaczące przyczółki. Nieprzypadkowo jedyną otwartą kontrowersją, jaka pojawiła się ostatnio wewnątrz PiS było pytanie, czy poprzeć poprawkę konstytucyjną delegalizującą aborcję. I
nieprzypadkowo duża grupa posłów tej partii na czele z marszałkiem Markiem Jurkiem gotowa jest za nią głosować – przy dużym sceptycyzmie obu Kaczyńskich. Muszą oni rozumieć, że
wielu Polakom ta poprawka kojarzy się – słusznie lub niesłusznie – z zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej. Mniejsza już nawet o to, że stanowi to pożywkę dla radykalnych grup
lewicowych, a w jakiejś mierze dla całej lewicy. Ważniejsze, że odstręcza wielu wyborców środka, nieprzepadających za awanturami na te tematy. Gdy dodać do tego trącące fundamentalizmem
wypowiedzi posła PiS Mariana Piłki przeciw środkom antykoncepcyjnym – schemat PiS już nawet nie przyklejonego do prawej ściany, ale przebijającego się przez nią, jest gotowy.
Kaczyński czuje ten problem jako inteligent z Żoliborza, ale i jako pragmatyk. To także zadanie dla wirtuoza: jak zachować sympatię Radia Maryja i pozwolić, aby w sprawach społecznych dla tego
rządu miarodajna była Joanna Kluzik, która nie widzi w środkach antykoncepcyjnych niczego strasznego? Do tej pory lider PiS przywiązywał chyba nadmierną wagę do poprawnych stosunkow z ojcem
Rydzykiem (pozwoliło mu to rozłożyć LPR), a równocześnie bronił Joanny Kluzik przed swoimi kolegami. W przyszłym roku ten wybór może być bardziej dramatyczny. Zwłaszcza że lewica (bo w
mniejszm stopniu podzielona w tej kwestii PO) potraktuje tę tematykę jako miękkie podbrzusze rządzącej koalicji. Pomysł, aby wpisywać do konstytucji także wyjątki w zakazie aborcji
figurujące dziś w ustawie, nie dość że karkołomny, może nie wystarczyć.
Tak naprawdę to część większego wyzwania: jak stworzyć partię niezadowolonych i zadowolonych. Wyborców socjalnych i sympatyzujących z wolnym rynkiem, proeuropejskich i obawiających się
Europy, czyli – również – pytanie o wielość twarzy reprezentujących PiS. Kazimierz Marcinkiewicz chyba wywalczył już sobie na powrót rolę takiej twarzy –
obojętne czy wygra, czy honorowo polegnie. Czy za nim na pierwszym planie pojawią się inni politycy kojarzący się z umiarem, bardziej „inteligenccy”: Kazimierz Ujazdowski,
Radek Sikorski, Paweł Zalewski? Do tej pory Kaczyński wolał trzymać ich w cieniu, nie ufając choćby ich nazbyt dobrej reputacji, w generalnie nie bardzo przychylnych obozowi rządowemu,
mediach. Teraz nadchodzi czas większej różnorodności. Choć tych twarzy jest ciągle mało. Wciąż trudno im przysłonić choćby niepopularnego Giertycha.
Może więc trzeba będzie szukać tych twarzy również gdzie indziej. Hasło koalicji samorządowych koalicji PO-PiS rzucone przez Marcinkiewicza i Ujazdowskiego można uznać za zagrywkę
wyborczą. Ale kryje się w nim zaczyn czegoś głębszego. Nie ponownego zbliżenia całych partii – dopóki obie grają o połówkę sceny dla siebie, jest to chyba niemożliwe. Raczej
szukania dróg dostępu do ciekawnych ludzi, dla których ten podział i następująca po nim wojna są nie do zniesienia. Czy do osób takich należy Jan Rokita? Jeszcze niedawno atakował
Kaczyńskich mocniej niż Tusk i był przez nich równie mocno napadany. Ale jego spór z wlasną partią to – była już o tym mowa – coś więcej niż lokalny konflikt. Ten
spór wynika z poczucia, że nawet nie tyle prawicowe co „czwartorzeczpospolitowe” skrzydło Platformy ma pod berłem Tuska coraz mniej życiowej przestrzeni. Dotychczasowe
podchody polityków PiS pod platformersów, nawet szeregowych, kończyły się groteskowo, co więc dopiero mówić o tak poważnym zawodniku jak niedoszły premier z Krakowa. Gdyby jednak Kaczyński
znalazł formułę jakiejś współpracy z Rokitą gwarantującej temu ambitnemu politykowi pozycję partnera a nie wasala, byłby to jedenn z jego największych sukcesów. Możliwe, że przyszły
rok upłynie pod znakiem poszukiwania takiej formuły; czy się uda, to inna sprawa.
Bo tak naprawdę jest to wojna na śmierć i życie nie tylko dla Platformy zagrożonej zgnieceniem między lewicowym i PiS-owskim walcem. Także dla partii rządzącej, której marginalizacja jest
wciąż scenariuszem realnym. Łatwo sobie wyobrazić sytaucję, w której PO zachowuje nadal (zwłaszcza z Rokitą) pozycję umiarkowanej, wychylonej daleko w centrum prawicy, a SLD z
przyległościami mości się mocno po lewej stronie. PiS odegrałby wówczas rolę trzeciej siły, słabnącej i mało twórczej, bo zradykalizowanej i nieskłonnej do koalicyjnych
kompromisów.
Czy taki scenariusz jest niemożliwy? Polityka to nie partia szachów. Liczyć się będzie wszystko, na przykład czy PiS zdoła znaleźć sensowny pomysł na politykę kadrową, czy poradzi sobie z
kłopotem, jakim jest wciąż zbyt krótka ławka polityków i fachowców, którzy chcą dla niego pracować. Czy będzie umiał przełamać stereotyp ugrupowania, które – jak w przypadku
łamańców wokół ustawy lustracyjnej – przewraca się o własną nogę. Kaczyński zdaje się to rozumieć. Czy dokona syzyfowej pracy przemiany – siebie i partii, to inna
sprawa.
Piotr Zaremba, publicysta DZIENNIKA