Demokraci istnieją. SLD żyje. SDPL przetrwała. I to nie najgorzej. W nowych samorządach Lewica i Demokraci będą trzecią siłą. Kilkanaście procent głosów zdobyte w wyborach do sejmików to może nie jest zbyt wiele, gdy się porówna ten wynik z wyborczym sukcesem ekipy Leszka Millera odniesionym zaledwie 5 lat temu. Dla SLD po Millerze, dla Demokratów po Balcerowiczu i także dla SDPL po klęsce w ubiegłorocznych wyborach – jest to jednak ważny i obiecujący sukces.

Piętaszek, Robinsonowie i...

Poniedziałkowy poranek 13 listopada był dla Wojciecha Olejniczaka szczególnie istotny w tym sensie, w jakim dla Robinsona Cruzoe szczególnie istotny był ów słynny ranek, gdy na bezludnej wyspie uratował Piętaszka przed pożarciem go przez ludożerców. Tym razem Piętaszków jest dwóch: Marek Borowski i Janusz Onyszkiewicz. Obaj przeżyli ucztę IV RP. Może nie są w nadzwyczajnej formie, ale jednak żyją na przekór przepowiedniom i razem z Robinsonem mogą się zabrać za budowanie okrętu, na którym wrócą do świata prawdziwej polityki.


Obok PSL właśnie koalicja Lewicy i Demokratów wydaje się największym zwycięzcą wyborów samorządowych. Już sam fakt, że partie centrolewicy przetrwały, działając w skrajnie wrogim środowisku medialnym i politycznym, stanowi sukces. Nie jest przecież łatwo postawić na partię, o której kilka razy dziennie się słyszy, że nie powinna istnieć i że miarą przyzwoitości w polityce stało się niewchodzenie z nią w żadne alianse, bo jest to partia obrońców PRL, agentów, złodziei i łapówkarzy, którzy zrujnowali Polskę, współdziałali z mafią, za bezcen wyprzedali ojczyznę, prowadzili niesuwerenną politykę zagraniczną i zamiast dobru wspólnemu służyli mrocznym układom, lobby oraz kryminalnym sieciom. Sukces LiD jest wyrazistym objawem porażki propagandy IV RP. Z całą pewnością nie jest to jednak sukces na miarę potencjału politycznego lewicy czy centrolewicy. Patrząc na pozycję podobnych formacji w innych europejskich krajach 14 proc. LiD w wyborach wojewódzkich trzeba by raczej uznać za rodzaj politycznej zaliczki na przetrwanie – i to zaliczki na miarę pensji polskiego lekarza czy nauczyciela. Zbyt dużej, by umrzeć, zbyt małej, by wyżyć.

Taka „trzecia siła” nie ma zbyt dużej szansy na przetrwanie i staje teraz przed życiowym wyborem. Może otrzymaną od wyborców zaliczkę przejeść, tak jak eseldowski Piętaszek, wciąż zajmując się raczej samym sobą niż walką z przeciwnikami. Nie jest jednak pewne, że kontynuowanie strategii Piętaszka da LiD-owi szansę przeżycia następnych wyborów. Politycy LiD mogą też otrzymaną od wyborców zaliczkę zainwestować w budowę nowoczesnej, europejskiej formacji centrolewicowej. Taka formacja w Polsce wcześniej czy później powstanie. Tak jak powstała i istnieje w całej Europie. Pytanie tylko tego, czy w najbliższych latach zostanie ona utworzona z LiD-u, czy też nieco później wyrośnie na jego politycznym trupie.

Przejeść czy zainwestować
Po niedzielnych wyborach ewolucja sceny politycznej wydaje się być dosyć oczywista. Przejmując elektorat LPR i Samoobrony PiS zbliżył się do stworzenia wymarzonego przez braci Kaczyńskich obozu ludowo-narodowego, czyli formacji populistycznej, tradycjonalistycznej i umiarkowanie nacjonalistycznej. Dla takiej formacji konkurentem niemal wymarzonym jest po reprezentująca bardziej nowoczesną i w szerokim sensie bardziej promodernizacyjną, konserwatywno-liberalną część elektoratu. W zderzeniu z taką opozycją PiS może się przedstawiać jako reprezentant słabszej części społeczeństwa, który częściowo spełnia funkcję tradycyjnej, klasowej lewicy.


Gdyby PiS umiało rządzić tak zgrabnie i sprawnie, jak CSU w Bawarii, tego rodzaju formacja mogłaby trwale okupować dużą część polskiej sceny politycznej. Liderzy PiS prowadzą jednak politykę słonia w składzie porcelany, co będzie ich stopniowo pozbawiało poparcia kolejnych grup społecznych. „Układ”, którym Jarosław Kaczyński próbuje straszyć Polaków, nie ma tej przerażającej, integrującej wokół władzy mocy, jaką ma Al-Kaida zapewniająca przez pięć lat Bushowi wysokie poparcie. Rządzący Polską populistyczny blok ludowo-narodowy w niedzielnym głosowaniu już po niespełna roku sprawowania władzy stracił – w porównaniu z wyborami parlamentarnymi 2005 roku – przeszło 20 procent swojego elektoratu. Jeśli obecna koalicja utrzyma się przy władzy jeszcze przynajmniej kilkanaście miesięcy, PO ma praktycznie w kieszeni zwycięstwo w następnych wyborach. Prawdopodobnie będzie to zwycięstwo, które da Platformie możliwość samodzielnego sprawowania władzy, a PiS – obciążone odpowiedzialnością za skumulowane błędy kilkuletniego rządzenia – sprowadzi do poziomu SLD po Millerze. Jeśli LiD zmądrzeje i dobrze zainwestuje zaliczkę, którą wyborcy po raz drugi dali lewicy w ostatnią niedzielę, może wówczas stanąć na pierwszym miejscu kolejki po władzę. Zwłaszcza że konserwatywna, antylewicowa część programu Platformy może być atrakcyjna dla tradycjonalistycznej części elektoratu PiS, a spora część wyborców będzie obwiniała rządy braci Kaczyńskich za spadek koniunktury, który nieuchronnie nadejdzie mimo gigantycznych transferów unijnych z zachodu.

Jaki LiD ma szansę?
Za siedem lat LiD ma szansę przejąć władzę w Polsce. Zapewne nie będzie rządził samodzielnie, ale może stać się wiodącą siłą rządzącej koalicji z udziałem zmęczonej czteroletnią władzą Platformy lub zreformowanego PiS. „Może” nie znaczy jednak, że tak się rzeczywiście stanie. W ostatnią niedzielę trzy główne partie LiD uzyskały łącznie w sejmikach wojewódzkich o cztery punkty procentowe mniej niż w wyborach parlamentarnych przed rokiem. Widać że wyborcy wciąż raczej niezbyt entuzjastycznie reagują na centrolewicową ofertę. Nie dlatego, że jest ona mało porywająca, ale dlatego, że jej w istocie nie ma. Nie bardzo przecież wiadomo, czym proponowana dziś przez LiD polityka miałaby się różnić od tego, co było i co zostało przez wyborców zakwestionowane rok temu.


Liderzy LiD chcąc za siedem lat stanąć na czele rządu, muszą się poważnie zastanowić, czego im brakowało, gdy byli u władzy. Żeby ją uzyskać ponownie, będą musieli stoczyć krwawą bitwę nie tylko z liberalno-konserwatywną Platformą. Głównym konkurentem LiD w walce o głosy rozczarowanej części społeczeństwa stanie się PiS lub jakaś populistyczna, tradycjonalistyczna, ludowo-narodowa formacja, która wyłoni się z rządzącej dziś koalicji.

Politycy LiD już teraz muszą zainwestować w przygotowanie do takiego starcia. Trzy główne partie centrolewicy powinny jak najprędzej wrócić do nieodrobionej lekcji poprzednich wyborów parlamentarnych i spróbować zrozumieć, dlaczego poniosły w nich klęskę. Odpowiedź jest prosta, ale jej udzielenie proste nie będzie. Zwłaszcza w SLD, bo wciąż potężną pozycję mają tam twórcy katastrofy lewicy i sukcesu PiS, z Leszkiem Millerem na czele. Jeśli LiD nie zdoła się ich pozbyć, pozostanie tylko stowarzyszeniem obrońców III RP. Nie zdoła ono przebić coraz bardziej umiarkowanej PO, z jej racjonalnym ekonomicznie i bardziej niż rok temu wyważonym ideologicznie, programem. Tym bardziej zaś nie przebije PiS z jego populistycznym wariantem solidaryzmu. Liderzy centrolewicy muszą stworzyć ofertę, która trafi do wyborców zmęczonych zarówno ekonomizmem trzeciej RP i liberalnej części PO, jak tradycjonalistycznym populizmem (w wersji PiS) lub konserwatyzmem (PO) czwartej.

Pierwszym warunkiem przyszłego zwycięstwa całej centrolewicy jest sukces Olejniczka w jego nieuniknionym starciu z ekipą Millera. Dopiero uwolnienie SLD od byłych aparatczyków otworzy centrolewicy drogę do szukania nowej tożsamości lewicy, która pod rządami Millera stała się de facto postkomunistyczną drobnomieszczańską prawicą. Drugim warunkiem przyszłego sukcesu jest znalezienie języka łączącego racjonalność zarządzania państwem i gospodarką rynkową z racjonalnością demokratycznej polityki i procesów społecznych. Środowiska tworzące sojusz Lewicy i Demokratów zawsze miały z tym kłopot. Zwłaszcza SLD w kampaniach wyborczych poświęcał racjonalność rządzenia na rzecz racjonalności polityki, a kiedy dochodził do władzy, racjonalność polityki składał na ołtarzu racjonalności rządzenia. Środowiska pd nigdy nie umiały zaś znaleźć kompromisu między dwoma racjonalnościami i zapłaciły za to polityczną marginalizacją. W tym sensie LiD musi dopiero znaleźć swój polityczny język i swoją tożsamość.

Reklama

Gdyby jednak LiD zapomniał, że wynik, jaki uzyskał w wyborach samorządowych, jest zaledwie zaliczką a konto budowania w Polsce prawdziwej centrolewicy, gdyby cały LiD stał się więźniem 60-latków i ich zgubnych politycznych nawyków, to w następnych parlamentarnych wyborach ten nurt polskiej lewicy może się ostatecznie skończyć. W tym sensie Borowski, Onyszkiewicz i Olejniczak grają dziś o wszystko. Następnej szansy mogą już nie dostać.



Jacek Żakowski, dziennikarz i publicysta. Jeden z założycieli „Gazety Wyborczej”. Obecnie publicysta „Polityki”. Kierownik Katedry Dziennikarstwa Collegium Civitas.