Warunki bytowe młodych adeptów nauki są złe. Większość doktorantów dorabia, co na ogół wydłuża okres studiów albo wręcz uniemożliwia ich zakończenie - pisze w "Fakcie" Ireneusz Krzemiński, profesor socjologii.
Od początku naszej transformacji ustrojowej wiadome było, że przyszłość Polski zależy od edukacji. Byliśmy wówczas na jednym z ostatnich miejsc pod względem
ilości osób z wyższym wykształceniem. Kolejni premierzy stanowczo obiecywali, że szkolnictwo i nauka będą jednymi z najważniejszych dziedzin funkcjonowania państwa. Niemal wszystkie te
deklaracje okazywały się puste. Chyba najwięcej zrobił rząd Jerzego Buzka, wprowadzając szeroką reformę edukacji i porządkując oraz podnosząc pensje nauczycieli i pracowników szkół
wyższych.
Jednak tak naprawdę stan edukacji i nauki jest opłakany. Najpierw reformę edukacji przerobili "na swoje kopyto" postkomuniści za Leszka Millera. Teraz, bez porównania mniej kompetentny, ideolog Roman Giertych pogrąża polską oświatę, tamując naszą pogoń za światowym poziomem. Stan polskiej nauki nie jest lepszy, mimo wielkiego potencjału.
Nie muszę dodawać, że najgorzej wygląda sytuacja młodych pracowników nauki i nauczycieli. Szczególnie to widać przy wzroście gospodarczym i masowych wyjazdach do krajów Unii. Widocznym efektem jest wzrost płac wszędzie, ale nie w szkolnictwie, czy nauce. Ci, którzy decydują się na nauczycielską karierę, odczuwają degradację społeczną i bytową. Starsi są przyzwyczajeni. Przecież przez cały PRL obniżano pozycję nauczycieli.
Paradoksalnie, Polacy szybko zorientowali się, że wykształcenie popłaca. Już w połowie lat 90. powszechne było myślenie o konieczności inwestowania w edukację dzieci. A i nieco starsi dokładali starań, by zdobyć nowe kwalifikacje. Ludzie sami działali aktywnie, żeby stworzyć lepsze warunki edukacji dla swych dzieci.
Powstawały najpierw szkoły społeczne, potem prywatne. To było bodźcem do przemian także w państwowym szkolnictwie. Aktywni nauczyciele mieli pole do popisu, bo często już wcześniej starali się niezależnie edukować młodzież. Powstanie szkół niepublicznych bardzo poprawiło ich sytuację na początku transformacji. Ale nie na długo. Ilość miejsc pracy była ograniczona. Reformy Buzka przyniosły nowe nadzieje. Nieco później rozwijać się zaczęło szkolnictwo wyższe, które przede wszystkim uratowało polskie uniwersytety i naukę, przynajmniej w dziedzinach społecznych i humanistycznych. Gdyby nie prywatne uczelnie, z Polski wyjechałoby znacznie więcej uczonych (a i tak wyjechało ich niemało!). Ale komercyjny charakter tych uczelni dawał i daje godziwe zarobki przede wszystkim profesorom.
Dorabianie i kolejne etaty to zjawisko, które tak naprawdę dotyczy tych, którzy przynajmniej mają doktorat. Do czasu poprawy wynagrodzeń w szkolnictwie wyższym, z uczelni wymknęło się mnóstwo najzdolniejszych. Od ręki mogę wyliczyć wielu młodych, świetnych, którzy powinni trafić do nauki, a nie trafili, bo to, co oferował im uniwersytet, nie dawało szans na godziwe życie. A przed nimi otwierały się wówczas nowe, wspaniałe możliwości.
Większy napływ utalentowanej młodzieży na uczelnie spowodował kryzys pod koniec lat 90. Wszędzie pojawiły się studia doktoranckie, dzięki którym uczelnie mogły odetchnąć. Jednak, chociaż liczba doktorantów rośnie (wynosiła w końcu 2005 r. 30 tys. osób), to tylko mniej niż połowa zdobywa stopień doktora. Bo warunki bytowe młodych adeptów nauki są złe. Z założenia powinni znajdować się w sytuacji, która powinna im pozwolić na skromny, ale bezproblemowy byt.
Chodzi o to, aby w wyznaczonym terminie (na ogół 4 lata) przygotować pracę doktorską. Na ogół jest to bardzo trudne: nie pozwala na to wysokość stypendiów doktoranckich. Większość dorabia, co wydłuża okres studiów albo uniemożliwia zakończenie ich z sukcesem. Ma to też wpływ na jakość prac doktorskich, które często pisane są - delikatnie mówiąc - sobie a muzom - są mało wartościowe albo byle jakie. Nawet w naukach przyrodniczych, wymagających starannych badań, doktoraty często są niedopracowane albo banalne. Zresztą młody człowiek, doktorant, który ma nowatorskie pomysły, na ogół nie ma wielkich szans, aby zdobyć środki na badania.
Doktoranci z reguły podporządkowani są zabieganym profesorom i często - jeśli nie na ogół - włączeni w ich plany badań. Jednym słowem, to profesorzy mają skorzystać z przygotowanych prac doktorskich. Dzieje się tak powszechnie, a z obserwacji sądzę, że szczególnie w naukach medycznych. Tutaj też "porządek dziobania" w dostępie do badań jest wyjątkowo silny. Młodzi wielu szans nie mają.
Skupiłem się na sytuacji bytowej nie bez kozery. To ona decyduje o młodzieży akademickiej. Nie jest to problem jedyny, o czym też wspomniałem, i o tym można się przekonać, czytając biuletyny doktorantów w internecie. Bo polscy doktoranci, za przykładem europejskich kolegów, zjednoczyli się w organizację, by walczyć o swoje interesy. Ale tak naprawdę i ich los, ale także i przyszłość Polski zależeć będzie od tego, jak wiele będziemy inwestować w naukę. Obawiam się, że niedługo, mimo nadchodzącego niżu demograficznego, nie będziemy mieli ani młodych naukowców, ani młodych nauczycieli. Wyjadą pracować u europejskich sąsiadów…
PS. Na naukę w Polsce przeznacza się ok. 1,44% wydatków budżetowych, w Unii przeciętnie: 2%, w USA - 2,59%, a w Japonii - 3,15%. Te liczby mówią za siebie.
Jednak tak naprawdę stan edukacji i nauki jest opłakany. Najpierw reformę edukacji przerobili "na swoje kopyto" postkomuniści za Leszka Millera. Teraz, bez porównania mniej kompetentny, ideolog Roman Giertych pogrąża polską oświatę, tamując naszą pogoń za światowym poziomem. Stan polskiej nauki nie jest lepszy, mimo wielkiego potencjału.
Nie muszę dodawać, że najgorzej wygląda sytuacja młodych pracowników nauki i nauczycieli. Szczególnie to widać przy wzroście gospodarczym i masowych wyjazdach do krajów Unii. Widocznym efektem jest wzrost płac wszędzie, ale nie w szkolnictwie, czy nauce. Ci, którzy decydują się na nauczycielską karierę, odczuwają degradację społeczną i bytową. Starsi są przyzwyczajeni. Przecież przez cały PRL obniżano pozycję nauczycieli.
Paradoksalnie, Polacy szybko zorientowali się, że wykształcenie popłaca. Już w połowie lat 90. powszechne było myślenie o konieczności inwestowania w edukację dzieci. A i nieco starsi dokładali starań, by zdobyć nowe kwalifikacje. Ludzie sami działali aktywnie, żeby stworzyć lepsze warunki edukacji dla swych dzieci.
Powstawały najpierw szkoły społeczne, potem prywatne. To było bodźcem do przemian także w państwowym szkolnictwie. Aktywni nauczyciele mieli pole do popisu, bo często już wcześniej starali się niezależnie edukować młodzież. Powstanie szkół niepublicznych bardzo poprawiło ich sytuację na początku transformacji. Ale nie na długo. Ilość miejsc pracy była ograniczona. Reformy Buzka przyniosły nowe nadzieje. Nieco później rozwijać się zaczęło szkolnictwo wyższe, które przede wszystkim uratowało polskie uniwersytety i naukę, przynajmniej w dziedzinach społecznych i humanistycznych. Gdyby nie prywatne uczelnie, z Polski wyjechałoby znacznie więcej uczonych (a i tak wyjechało ich niemało!). Ale komercyjny charakter tych uczelni dawał i daje godziwe zarobki przede wszystkim profesorom.
Dorabianie i kolejne etaty to zjawisko, które tak naprawdę dotyczy tych, którzy przynajmniej mają doktorat. Do czasu poprawy wynagrodzeń w szkolnictwie wyższym, z uczelni wymknęło się mnóstwo najzdolniejszych. Od ręki mogę wyliczyć wielu młodych, świetnych, którzy powinni trafić do nauki, a nie trafili, bo to, co oferował im uniwersytet, nie dawało szans na godziwe życie. A przed nimi otwierały się wówczas nowe, wspaniałe możliwości.
Większy napływ utalentowanej młodzieży na uczelnie spowodował kryzys pod koniec lat 90. Wszędzie pojawiły się studia doktoranckie, dzięki którym uczelnie mogły odetchnąć. Jednak, chociaż liczba doktorantów rośnie (wynosiła w końcu 2005 r. 30 tys. osób), to tylko mniej niż połowa zdobywa stopień doktora. Bo warunki bytowe młodych adeptów nauki są złe. Z założenia powinni znajdować się w sytuacji, która powinna im pozwolić na skromny, ale bezproblemowy byt.
Chodzi o to, aby w wyznaczonym terminie (na ogół 4 lata) przygotować pracę doktorską. Na ogół jest to bardzo trudne: nie pozwala na to wysokość stypendiów doktoranckich. Większość dorabia, co wydłuża okres studiów albo uniemożliwia zakończenie ich z sukcesem. Ma to też wpływ na jakość prac doktorskich, które często pisane są - delikatnie mówiąc - sobie a muzom - są mało wartościowe albo byle jakie. Nawet w naukach przyrodniczych, wymagających starannych badań, doktoraty często są niedopracowane albo banalne. Zresztą młody człowiek, doktorant, który ma nowatorskie pomysły, na ogół nie ma wielkich szans, aby zdobyć środki na badania.
Doktoranci z reguły podporządkowani są zabieganym profesorom i często - jeśli nie na ogół - włączeni w ich plany badań. Jednym słowem, to profesorzy mają skorzystać z przygotowanych prac doktorskich. Dzieje się tak powszechnie, a z obserwacji sądzę, że szczególnie w naukach medycznych. Tutaj też "porządek dziobania" w dostępie do badań jest wyjątkowo silny. Młodzi wielu szans nie mają.
Skupiłem się na sytuacji bytowej nie bez kozery. To ona decyduje o młodzieży akademickiej. Nie jest to problem jedyny, o czym też wspomniałem, i o tym można się przekonać, czytając biuletyny doktorantów w internecie. Bo polscy doktoranci, za przykładem europejskich kolegów, zjednoczyli się w organizację, by walczyć o swoje interesy. Ale tak naprawdę i ich los, ale także i przyszłość Polski zależeć będzie od tego, jak wiele będziemy inwestować w naukę. Obawiam się, że niedługo, mimo nadchodzącego niżu demograficznego, nie będziemy mieli ani młodych naukowców, ani młodych nauczycieli. Wyjadą pracować u europejskich sąsiadów…
PS. Na naukę w Polsce przeznacza się ok. 1,44% wydatków budżetowych, w Unii przeciętnie: 2%, w USA - 2,59%, a w Japonii - 3,15%. Te liczby mówią za siebie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|