"Lekcje filozofii powinny być obowiązkowe. To sprawa zasadnicza dla wykształcenia Polaków i godności polskiej szkoły" - mówi DZIENNIKOWI filozof Jan Hartman.
Licealista Marceli Sommer rzucił w poniedziałek w DZIENNIKU wyzwanie filozofom, strzelając do nas zaiste fundamentalnymi pytaniami. Jest uczniem, więc, jak sądzę, od
tego, jak się sprawimy z odpowiedzią, zależy jego przychylność dla wprowadzenia, bądź nie, filozofii do szkół.
Bo bez woli uczniów filozofia do szkół nie wróci. Dlatego jeśli my, filozofowie, chcemy lekcji filozofii w polskich szkołach, musimy uczniów sobie zjednać. A to oznacza: na ich pytania starać się rzetelnie odpowiadać.
Mam nadzieję, że pan Sommer wybaczy, że w kilku słowach nie dam rozstrzygającej odpowiedzi na wszelkie niemal pytania filozofii. Muszę ograniczyć się do tego, że zacytuję trzy pierwsze i powiem, od czego zacząłbym wykład mający ułatwić słuchaczom zrozumienie tego, o co naprawdę "pytania te pytają" oraz refleksję nad tym czymś.
Bo przecież jasne jest chyba, że ważnych pytań nie zadaje się, by uzyskać raz na zawsze jednoznaczną odpowiedź i przestać sobie zawracać nimi głowę. Pytania wyrastają z myślenia i każą myśleć dalej. A myślenie przecież nigdy się nie kończy i kończyć się nie powinno. Filozofia jest myśleniem - myśleniem, które nie ustaje i nie zadowala się żadnymi rozstrzygnięciami ostatecznie. To myślenie trwa od tysięcy lat i uczyniło nas mądrzejszymi. Rozumiemy coraz więcej - świat i samych siebie - i coraz sprawniej o tym mówimy. Tylko tyle... i aż tyle.
Dlaczego wydarzył się świat?
Pan Sommer pyta najpierw: "Jaki jest prapoczątek świata?". Czy chodzi o to, jakie zdarzenie było pierwsze? Na przykład "akt stworzenia" albo "wielki wybuch"? Jednak o to "pierwsze zdarzenie" można dalej pytać. Już nie "co było przed nim" (bo pierwsze, to pierwsze), ale dlaczego w ogóle miało miejsce. Dlaczego w ogóle cokolwiek jest? Dlaczego "wydarzył się świat"? Cóż, mogłoby nie być nic… Tylko że nicość absolutna nie jest czymś, co "może być", gdyż możliwość sama jest już czymś i zakłada, że istnienie "czegoś" jest samo w sobie zrozumiałe. Tymczasem my właśnie podajemy tą samozrozumiałość w wątpliwość. Może świat istnieje dlatego, że Nic jest niczym, czyli go nie ma i być nie może? Nic jest absurdem i dlatego jest coś. Wynikałoby z tego, że coś (świat, byt) jest konieczny i nie może nie być. Jako taki wcale nie musi mieć "początku". Proponuję przeczytać Timajosa Platona.
Czy istnieje Bóg?
Czy wyobrażasz sobie, że Bóg jest kimś, kogo można by spotkać i przekonać się, że faktycznie istnieje? Nie. Bóg nie jest jakąś rzeczą, o której istnieniu można by przekonać się "na własne oczy". Więc może dałoby się czysto rozumowo udowodnić Jego istnienie? Ale rozumowanie takie w każdym przypadku musiałoby odwoływać się do tego, że bez Boga - bytu doskonałego i wszechpotężnego - świat byłby niepojęty, sprzeczny, absurdalny.
Kłopot w tym, że kto z góry wyklucza, że świat jest bez sensu i z góry przyjmuje, że Bóg to byt konieczny - taki, który istnieje sam przez się (nie może nie istnieć), wyklucza tym samym negatywną odpowiedź na pytanie o istnienie Boga. Po co więc pytać, skoro z góry wiadomo, jaka jest ta jedyna odpowiedź, która nas może zadowolić? Przecież nie zadowoli nas odpowiedź: "nie, Boga nie ma, a świat jest bez sensu". Może więc jednak świat ma sens, lecz bez Boga?
Być może, ale wtedy to sam świat musiałby okazać się (jako całość) czymś samotłumaczącym się, czyli doskonałym. Nabrałby więc cech boskich… W rezultacie dyskusja idzie w stronę tego, co rozumie się pod pojęciem Boga? Może wcale nie koniecznie Osobę - kogoś, kto troszczy się o świat i ludzi? Pytanie o istnienie takiego nieosobowego Boga ma już zupełnie inną "temperaturę". Istnienia Boga osobowego możemy bardzo pragnąć i w nie wierzyć. W takim wypadku o dowodach mowy raczej nie ma, lecz przecież niezbyt ich wtedy potrzebujemy, bo wystarczy nam nasza wiara. Z kolei istnienie jakiegoś nieosobowego Absolutu jest właściwie niezbędnym założeniem myślenia, które domaga się, by świat miał sens. Tyle że mniej nas już to obchodzi… Proszę przeczytać "Proslogion" św. Anzelma i "Etykę" Spinozy.
Czy istnieje dusza?
Dusza, psychika, umysł, jaźń - jakkolwiek się to nazwie, z pewnością ma to być coś innego niż mózg, żywe ciało czy cokolwiek innego, co można by zobaczyć lub wykryć za pomocą jakichś instrumentów. Inaczej mówiąc, dusza nie jest przedmiotem.
Rozumiemy pod tym pojęciem zawsze podmiot, czyli "to", co myśli, czuje i pragnie. Że myślę - i jako myślący istnieję - przekonać się mogę w każdej chwili, nawet w tej, gdy mówię coś tak dziwnego jak "nie myślę" albo "nie ma mnie". W tym sensie nie ma kłopotu z pytaniem o istnienie duszy.
Trudniej zrozumieć, jaka ona jest i co to znaczy, że jest "moja". No i najważniejsze: czy fakt, że nie jest rzeczą (nie jest materialna) wystarcza, by uznać, że jest niezniszczalna, czyli wieczna? A jeśli nawet jest wieczna, to czy jest w tej wieczności wciąż "moja"? Zauważmy, że wszystkie nasze świadome przeżycia zjawiają się w nas tak, jakby wyłaniały się z jakiejś nieświadomej głębi. Świadomość osadzona jest w nieświadomości. Ona też jest duszą. Ale czy mogę powiedzieć "moja nieświadomość"? Jakoś trudno… Proponuję przeczytać dialog "Fedon" Platona oraz "Medytacje o filozofii pierwszej" Kartezjusza.
Po co nam filozofia
Jeśli udało mi się przekonać licealistów, że warto mówić o takich sprawach w szkole, powróćmy do zagadnienia "filozofia a szkoła". Po co chodzimy do szkoły? Kiedyś odpowiedź była prosta: aby uczyć się filozofii! Filozofią nazywano bowiem wszystkie niemal nauki razem wzięte. Zmieniło się to dopiero w ciągu XIX wieku, ale do dziś jeszcze, gdy ktoś, np. w Wielkiej Brytanii lub USA, robi doktorat z fizyki, staje się "doktorem filozofii".
Dlaczego dawniej fizyka był częścią filozofii, a dziś już nie jest? Stało się tak dlatego, że filozofowie (tak!) pod koniec XIX w., uznali, że całą naukę trzeba rozparcelować na szereg dyscyplin szczegółowych, a każdą z nich uprawiać z możliwie największym udziałem obserwacji i eksperymentu. Sądzono bowiem, że to właśnie z powodu ich braku nauka (filozofia) nie mogła znaleźć zadowalającej odpowiedzi na pytanie, jak zbudowany jest świat, wobec czego stawiała tak osobliwe pytania jak: Co to znaczy być rzeczą? Co to znaczy istnieć? Dlaczego świat istnieje? Czy wszystko, co się zdarza, musi się zdarzyć? Do czego zmierza świat? I wiele innych.
Okazało się jednak, że postęp nauk doświadczalnych nie sprawił, iż takie kłopotliwe a frapujące pytania straciły na znaczeniu, a tym bardziej nie upewnił nas ostatecznie w żadnej z tych kwestii. Podobnie kłopotliwe i frapujące pozostały również inne pytania, o których nauki szczegółowe zwykle wolą nie myśleć: Skąd wiemy, co możemy, a czego nie możemy poznać? Co to jest prawda? Co czyni naukę naukową?
A jednak wcale nie jesteśmy bezradni wobec tych wszystkich pytań, choć nie pomieściły się one w naukach szczegółowych. Są one tak ważne, że nie możemy odłożyć ich ad acta - zawsze będziemy je podnosić i spierać się o nie. Nie znaczy to jednak, że nasze dyskusje są jałowe. Wręcz przeciwnie - posiadamy ogromną wiedzę na te tematy, podobnie jak na wiele innych, np. tych związanych z istotą moralności albo naturą piękna. Dzieje rozważań o takich sprawach, naprawdę istotnych dla poznania świata i człowieka, składają się właśnie na historię filozofii. Ta historia to ni mniej, ni więcej, tylko "dzieje myślenia" - całokształt tego wszystkiego, co najmędrszego udało się ludziom dotąd pomyśleć. A szkoła ma przecież uczyć mądrości, czyż nie? Jakże więc może obywać się bez lekcji filozofii? Przecież to sprzeczność!
Wina Arystotelesa
Wspomniałem już, że podział filozofii na poszczególne nauki dokonał się z udziałem filozofów - tych sprzed stu lat. Mieli oni tyle zażaleń w stosunku do dawniejszej tradycji filozoficznej, a jednocześnie tyle nadziei, że nauki przyrodnicze (z fizyką na czele) będą mogły przejąć na siebie wszelkie tradycyjne zagadnienia filozoficzne, iż niemalże prosili się o to, by filozofię ze szkoły wyrzucić. Stało się to faktycznie tu i ówdzie kilkadziesiąt lat temu. Niestety stało się tak również w Polsce.
Cóż, powie ktoś, sami filozofowie są sobie winni. To prawda, ale z powodu wyrzucenia filozofii ze szkół cierpią przecież nie filozofowie, lecz uczniowie, którym zabiera się podstawę wszelkiego wykształcenia, jaką jest przecież poznawanie tradycji myśli - najważniejszych pytań i najmądrzejszych na nie odpowiedzi. Nie karzmy więc uczniów za błędy filozofów!
Sytuacja jest jeszcze bardziej paradoksalna. Otóż, moim zdaniem, największym winowajcą, który doprowadził do usunięcia filozofii ze szkół w XX w. był Arystoteles - największy myśliciel starożytności, żyjący blisko dwa i pół tysiąca lat temu. Dlaczego? Zaraz wyjaśnię.
Szkoły średnie nazywają się liceami. Każda szkoła, która nosi taką nazwę, jest pomnikiem wystawionym właśnie Arystotelesowi, bo "Liceum" to łacińska forma nazwy szkoły założonej przez Arystotelesa w Atenach: Lykeonu. Szkoła ta prowadziła badania naukowe w wielu dziedzinach, gromadziła archiwa i eksponaty, wydała całe pokolenia uczonych. Nauki, jakie stworzono w Liceum, półtora tysiąca lat później, stały się podstawą nauczania uniwersyteckiego i trwało to aż do wieku XVII. Owszem, później nauki te zwalczano i nawet w owym pomyśle sprzed stu lat, by zagadnieniami filozoficznymi "obdarować" nauki szczegółowe (a sam filozofię tym samym mocno okroić), pobrzmiewają jeszcze echa tej wojny z doktrynami Arystotelesa, która rozegrała się przed czterystu laty.
A jednak Arystoteles, mimo że zapomniany w liceach (cóż za ironia losu!), wciąż tkwi w naszych głowach. Co więcej - również w głowach tych niemiłosiernych filozofów, co chcieli filozofię pokroić na kawałki. Chodzi o to, że Arystoteles wymyślił taki świat, w jaki wierzy nauka do dziś. Jest to świat złożony z różnego rodzaju rzeczy. Rzeczy te powinny zostać, dzięki stosownym definicjom, starannie podzielone wedle swych rodzajów, np. na minerały, rośliny, zwierzęta, chmury, rzeki itd. Do każdego rodzaju rzeczy należy następnie dobrać właściwą metodę poznania naukowego i zatrudnić uczonych specjalistów. Po wielu trudach badawczych wszyscy specjaliści spotkają się i złożą wspólny obraz świata...
Tak oto Arystoteles wymyślił podział świata na rodzaje, podział nauki na odpowiadające tym rodzajom dyscypliny badawcze (nauki szczegółowe) oraz uczelnię podzieloną na wyspecjalizowane oddziały. Wymyślił więc coś, czego ostatecznie dokonano w XX wieku - wielki podział filozofii na części. I w końcu sam padł ofiarą tego wynalazku, bo gdy usunięto filozofię ze szkół, to przestano również nauczać o Arystotelesie. Sam sobie winien!
Bez filozofii nie ma wykształcenia
Nie tylko nazwa "liceum" jest w szkole pamiątką po Arystotelesie. Również inne nazwy, jak "fizyka" albo "mechanika", które są po prostu tytułami prac Arystotelesa. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że warto, by uczniowie wiedzieli o tym i rozumieli, jak to się stało, że uczą się tego, czego się uczą? A podobnych, jak o Arystotelesie historii, mógłbym opowiedzieć jeszcze wiele - np. o Platonie, bez którego nie można wyobrazić sobie Ewangelii, albo o Millu, bez którego nie można wyobrazić sobie liberalnej demokracji. Nie pozwólmy na to, by polskie dzieci wzrastały w ignorancji. Przypomnijmy liceom i licealistom, skąd ich imię i po co jest szkoła!
Niedawno przyjęto podstawę programową dla filozofii w liceach. W czerwcu zakończy pracę zespół opracowujący program matury z filozofii. Są to dobre wiadomości. To wszystko jednak za mało. Powody, dla których filozofia musi być nauczana w szkole, są tak samo poważne, jak te, dla których naucza się w niej matematyki, fizyki i historii. I dlatego, podobnie jak lekcje matematyki czy historii, również lekcje filozofii powinny być obowiązkowe. To sprawa zasadnicza dla wykształcenia Polaków i godności polskiej szkoły.
Jan Hartman - filozof, wykładowca UJ, przewodniczący Zespołu Ekspertów ds. Oświaty Szkolnej i Nauczania Akademickiego przy Rzeczniku Praw Obywatelskich
Bo bez woli uczniów filozofia do szkół nie wróci. Dlatego jeśli my, filozofowie, chcemy lekcji filozofii w polskich szkołach, musimy uczniów sobie zjednać. A to oznacza: na ich pytania starać się rzetelnie odpowiadać.
Mam nadzieję, że pan Sommer wybaczy, że w kilku słowach nie dam rozstrzygającej odpowiedzi na wszelkie niemal pytania filozofii. Muszę ograniczyć się do tego, że zacytuję trzy pierwsze i powiem, od czego zacząłbym wykład mający ułatwić słuchaczom zrozumienie tego, o co naprawdę "pytania te pytają" oraz refleksję nad tym czymś.
Bo przecież jasne jest chyba, że ważnych pytań nie zadaje się, by uzyskać raz na zawsze jednoznaczną odpowiedź i przestać sobie zawracać nimi głowę. Pytania wyrastają z myślenia i każą myśleć dalej. A myślenie przecież nigdy się nie kończy i kończyć się nie powinno. Filozofia jest myśleniem - myśleniem, które nie ustaje i nie zadowala się żadnymi rozstrzygnięciami ostatecznie. To myślenie trwa od tysięcy lat i uczyniło nas mądrzejszymi. Rozumiemy coraz więcej - świat i samych siebie - i coraz sprawniej o tym mówimy. Tylko tyle... i aż tyle.
Dlaczego wydarzył się świat?
Pan Sommer pyta najpierw: "Jaki jest prapoczątek świata?". Czy chodzi o to, jakie zdarzenie było pierwsze? Na przykład "akt stworzenia" albo "wielki wybuch"? Jednak o to "pierwsze zdarzenie" można dalej pytać. Już nie "co było przed nim" (bo pierwsze, to pierwsze), ale dlaczego w ogóle miało miejsce. Dlaczego w ogóle cokolwiek jest? Dlaczego "wydarzył się świat"? Cóż, mogłoby nie być nic… Tylko że nicość absolutna nie jest czymś, co "może być", gdyż możliwość sama jest już czymś i zakłada, że istnienie "czegoś" jest samo w sobie zrozumiałe. Tymczasem my właśnie podajemy tą samozrozumiałość w wątpliwość. Może świat istnieje dlatego, że Nic jest niczym, czyli go nie ma i być nie może? Nic jest absurdem i dlatego jest coś. Wynikałoby z tego, że coś (świat, byt) jest konieczny i nie może nie być. Jako taki wcale nie musi mieć "początku". Proponuję przeczytać Timajosa Platona.
Czy istnieje Bóg?
Czy wyobrażasz sobie, że Bóg jest kimś, kogo można by spotkać i przekonać się, że faktycznie istnieje? Nie. Bóg nie jest jakąś rzeczą, o której istnieniu można by przekonać się "na własne oczy". Więc może dałoby się czysto rozumowo udowodnić Jego istnienie? Ale rozumowanie takie w każdym przypadku musiałoby odwoływać się do tego, że bez Boga - bytu doskonałego i wszechpotężnego - świat byłby niepojęty, sprzeczny, absurdalny.
Kłopot w tym, że kto z góry wyklucza, że świat jest bez sensu i z góry przyjmuje, że Bóg to byt konieczny - taki, który istnieje sam przez się (nie może nie istnieć), wyklucza tym samym negatywną odpowiedź na pytanie o istnienie Boga. Po co więc pytać, skoro z góry wiadomo, jaka jest ta jedyna odpowiedź, która nas może zadowolić? Przecież nie zadowoli nas odpowiedź: "nie, Boga nie ma, a świat jest bez sensu". Może więc jednak świat ma sens, lecz bez Boga?
Być może, ale wtedy to sam świat musiałby okazać się (jako całość) czymś samotłumaczącym się, czyli doskonałym. Nabrałby więc cech boskich… W rezultacie dyskusja idzie w stronę tego, co rozumie się pod pojęciem Boga? Może wcale nie koniecznie Osobę - kogoś, kto troszczy się o świat i ludzi? Pytanie o istnienie takiego nieosobowego Boga ma już zupełnie inną "temperaturę". Istnienia Boga osobowego możemy bardzo pragnąć i w nie wierzyć. W takim wypadku o dowodach mowy raczej nie ma, lecz przecież niezbyt ich wtedy potrzebujemy, bo wystarczy nam nasza wiara. Z kolei istnienie jakiegoś nieosobowego Absolutu jest właściwie niezbędnym założeniem myślenia, które domaga się, by świat miał sens. Tyle że mniej nas już to obchodzi… Proszę przeczytać "Proslogion" św. Anzelma i "Etykę" Spinozy.
Czy istnieje dusza?
Dusza, psychika, umysł, jaźń - jakkolwiek się to nazwie, z pewnością ma to być coś innego niż mózg, żywe ciało czy cokolwiek innego, co można by zobaczyć lub wykryć za pomocą jakichś instrumentów. Inaczej mówiąc, dusza nie jest przedmiotem.
Rozumiemy pod tym pojęciem zawsze podmiot, czyli "to", co myśli, czuje i pragnie. Że myślę - i jako myślący istnieję - przekonać się mogę w każdej chwili, nawet w tej, gdy mówię coś tak dziwnego jak "nie myślę" albo "nie ma mnie". W tym sensie nie ma kłopotu z pytaniem o istnienie duszy.
Trudniej zrozumieć, jaka ona jest i co to znaczy, że jest "moja". No i najważniejsze: czy fakt, że nie jest rzeczą (nie jest materialna) wystarcza, by uznać, że jest niezniszczalna, czyli wieczna? A jeśli nawet jest wieczna, to czy jest w tej wieczności wciąż "moja"? Zauważmy, że wszystkie nasze świadome przeżycia zjawiają się w nas tak, jakby wyłaniały się z jakiejś nieświadomej głębi. Świadomość osadzona jest w nieświadomości. Ona też jest duszą. Ale czy mogę powiedzieć "moja nieświadomość"? Jakoś trudno… Proponuję przeczytać dialog "Fedon" Platona oraz "Medytacje o filozofii pierwszej" Kartezjusza.
Po co nam filozofia
Jeśli udało mi się przekonać licealistów, że warto mówić o takich sprawach w szkole, powróćmy do zagadnienia "filozofia a szkoła". Po co chodzimy do szkoły? Kiedyś odpowiedź była prosta: aby uczyć się filozofii! Filozofią nazywano bowiem wszystkie niemal nauki razem wzięte. Zmieniło się to dopiero w ciągu XIX wieku, ale do dziś jeszcze, gdy ktoś, np. w Wielkiej Brytanii lub USA, robi doktorat z fizyki, staje się "doktorem filozofii".
Dlaczego dawniej fizyka był częścią filozofii, a dziś już nie jest? Stało się tak dlatego, że filozofowie (tak!) pod koniec XIX w., uznali, że całą naukę trzeba rozparcelować na szereg dyscyplin szczegółowych, a każdą z nich uprawiać z możliwie największym udziałem obserwacji i eksperymentu. Sądzono bowiem, że to właśnie z powodu ich braku nauka (filozofia) nie mogła znaleźć zadowalającej odpowiedzi na pytanie, jak zbudowany jest świat, wobec czego stawiała tak osobliwe pytania jak: Co to znaczy być rzeczą? Co to znaczy istnieć? Dlaczego świat istnieje? Czy wszystko, co się zdarza, musi się zdarzyć? Do czego zmierza świat? I wiele innych.
Okazało się jednak, że postęp nauk doświadczalnych nie sprawił, iż takie kłopotliwe a frapujące pytania straciły na znaczeniu, a tym bardziej nie upewnił nas ostatecznie w żadnej z tych kwestii. Podobnie kłopotliwe i frapujące pozostały również inne pytania, o których nauki szczegółowe zwykle wolą nie myśleć: Skąd wiemy, co możemy, a czego nie możemy poznać? Co to jest prawda? Co czyni naukę naukową?
A jednak wcale nie jesteśmy bezradni wobec tych wszystkich pytań, choć nie pomieściły się one w naukach szczegółowych. Są one tak ważne, że nie możemy odłożyć ich ad acta - zawsze będziemy je podnosić i spierać się o nie. Nie znaczy to jednak, że nasze dyskusje są jałowe. Wręcz przeciwnie - posiadamy ogromną wiedzę na te tematy, podobnie jak na wiele innych, np. tych związanych z istotą moralności albo naturą piękna. Dzieje rozważań o takich sprawach, naprawdę istotnych dla poznania świata i człowieka, składają się właśnie na historię filozofii. Ta historia to ni mniej, ni więcej, tylko "dzieje myślenia" - całokształt tego wszystkiego, co najmędrszego udało się ludziom dotąd pomyśleć. A szkoła ma przecież uczyć mądrości, czyż nie? Jakże więc może obywać się bez lekcji filozofii? Przecież to sprzeczność!
Wina Arystotelesa
Wspomniałem już, że podział filozofii na poszczególne nauki dokonał się z udziałem filozofów - tych sprzed stu lat. Mieli oni tyle zażaleń w stosunku do dawniejszej tradycji filozoficznej, a jednocześnie tyle nadziei, że nauki przyrodnicze (z fizyką na czele) będą mogły przejąć na siebie wszelkie tradycyjne zagadnienia filozoficzne, iż niemalże prosili się o to, by filozofię ze szkoły wyrzucić. Stało się to faktycznie tu i ówdzie kilkadziesiąt lat temu. Niestety stało się tak również w Polsce.
Cóż, powie ktoś, sami filozofowie są sobie winni. To prawda, ale z powodu wyrzucenia filozofii ze szkół cierpią przecież nie filozofowie, lecz uczniowie, którym zabiera się podstawę wszelkiego wykształcenia, jaką jest przecież poznawanie tradycji myśli - najważniejszych pytań i najmądrzejszych na nie odpowiedzi. Nie karzmy więc uczniów za błędy filozofów!
Sytuacja jest jeszcze bardziej paradoksalna. Otóż, moim zdaniem, największym winowajcą, który doprowadził do usunięcia filozofii ze szkół w XX w. był Arystoteles - największy myśliciel starożytności, żyjący blisko dwa i pół tysiąca lat temu. Dlaczego? Zaraz wyjaśnię.
Szkoły średnie nazywają się liceami. Każda szkoła, która nosi taką nazwę, jest pomnikiem wystawionym właśnie Arystotelesowi, bo "Liceum" to łacińska forma nazwy szkoły założonej przez Arystotelesa w Atenach: Lykeonu. Szkoła ta prowadziła badania naukowe w wielu dziedzinach, gromadziła archiwa i eksponaty, wydała całe pokolenia uczonych. Nauki, jakie stworzono w Liceum, półtora tysiąca lat później, stały się podstawą nauczania uniwersyteckiego i trwało to aż do wieku XVII. Owszem, później nauki te zwalczano i nawet w owym pomyśle sprzed stu lat, by zagadnieniami filozoficznymi "obdarować" nauki szczegółowe (a sam filozofię tym samym mocno okroić), pobrzmiewają jeszcze echa tej wojny z doktrynami Arystotelesa, która rozegrała się przed czterystu laty.
A jednak Arystoteles, mimo że zapomniany w liceach (cóż za ironia losu!), wciąż tkwi w naszych głowach. Co więcej - również w głowach tych niemiłosiernych filozofów, co chcieli filozofię pokroić na kawałki. Chodzi o to, że Arystoteles wymyślił taki świat, w jaki wierzy nauka do dziś. Jest to świat złożony z różnego rodzaju rzeczy. Rzeczy te powinny zostać, dzięki stosownym definicjom, starannie podzielone wedle swych rodzajów, np. na minerały, rośliny, zwierzęta, chmury, rzeki itd. Do każdego rodzaju rzeczy należy następnie dobrać właściwą metodę poznania naukowego i zatrudnić uczonych specjalistów. Po wielu trudach badawczych wszyscy specjaliści spotkają się i złożą wspólny obraz świata...
Tak oto Arystoteles wymyślił podział świata na rodzaje, podział nauki na odpowiadające tym rodzajom dyscypliny badawcze (nauki szczegółowe) oraz uczelnię podzieloną na wyspecjalizowane oddziały. Wymyślił więc coś, czego ostatecznie dokonano w XX wieku - wielki podział filozofii na części. I w końcu sam padł ofiarą tego wynalazku, bo gdy usunięto filozofię ze szkół, to przestano również nauczać o Arystotelesie. Sam sobie winien!
Bez filozofii nie ma wykształcenia
Nie tylko nazwa "liceum" jest w szkole pamiątką po Arystotelesie. Również inne nazwy, jak "fizyka" albo "mechanika", które są po prostu tytułami prac Arystotelesa. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że warto, by uczniowie wiedzieli o tym i rozumieli, jak to się stało, że uczą się tego, czego się uczą? A podobnych, jak o Arystotelesie historii, mógłbym opowiedzieć jeszcze wiele - np. o Platonie, bez którego nie można wyobrazić sobie Ewangelii, albo o Millu, bez którego nie można wyobrazić sobie liberalnej demokracji. Nie pozwólmy na to, by polskie dzieci wzrastały w ignorancji. Przypomnijmy liceom i licealistom, skąd ich imię i po co jest szkoła!
Niedawno przyjęto podstawę programową dla filozofii w liceach. W czerwcu zakończy pracę zespół opracowujący program matury z filozofii. Są to dobre wiadomości. To wszystko jednak za mało. Powody, dla których filozofia musi być nauczana w szkole, są tak samo poważne, jak te, dla których naucza się w niej matematyki, fizyki i historii. I dlatego, podobnie jak lekcje matematyki czy historii, również lekcje filozofii powinny być obowiązkowe. To sprawa zasadnicza dla wykształcenia Polaków i godności polskiej szkoły.
Jan Hartman - filozof, wykładowca UJ, przewodniczący Zespołu Ekspertów ds. Oświaty Szkolnej i Nauczania Akademickiego przy Rzeczniku Praw Obywatelskich
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|