Dziennik Gazeta Prawana logo

#JaTeż, #TyTeż, #OneTakże czyli jak przez kilka chwil nie być piersiami i pupą, ale człowiekiem

3 listopada 2017, 17:25
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
gwałt
gwałt/Shutterstock
Histeria wokół molestowania związana z #MeToo to nie tylko wyzwalająca deklaracja doznanych krzywd. To także frustracja związana z latami prób, by przez kilka chwil w życiu nie być piersiami, pupą albo starą postprodukcyjną babą, ale po prostu, jak człowiek, być człowiekiem

Czy ja też? Oczywiście, że #MeToo, co nikogo już nie dziwi ani nie wstrząsa w obliczu tsunami kobiecych wyznań w internecie. Dla tych, co jeszcze nie słyszeli: #MeToo to hashtag, jaki – za namową aktorki Alyssy Milano wstrząśniętej doniesieniami o licznych gwałtach hollywoodzkiego magnata Harveya Weinsteina – umieszczają w mediach społecznościowych kobiety, które doświadczyły jakiejkolwiek formy molestowania seksualnego. Skala zjawiska okazała się szaleńcza.

Miliony kobiet ujawniły, że je molestowano, na profilach prywatnych i publicznych, czasem pisząc o swojej historii, częściej po prostu oświadczając, że „one też”. Wśród nich aktorki, działaczki polityczne, pracownice uniwersytetów, celebrytki, intelektualistki, dziennikarki. Amerykanki, Polki, Rosjanki, Szwedki i Nigeryjki. Wygląda na to, że przemoc seksualna jest wszędzie, nawet w najbardziej hermetycznych enklawach progresywno-liberalnych, takich jak zachodni przemysł filmowy czy północnoamerykańskie uczelnie.

A więc #JaTeż, i #TyTeż, i #OneTakże. Szok. Ale po szoku przyszły opinie. Dla jednych akcja jest długo wyczekiwaną rewolucją, która może sprawiedliwiej rozdać karty w wojnie płci. Dla innych to hucpa i nadwrażliwość, która nie przysłuży się sprawie faktycznie molestowanych kobiet, a wręcz jej zaszkodzi. Kto ma rację? Rzecz łatwa nie jest. Przyjrzyjmy się wspólnie różnym racjom.

Rewolucja pod miotłą

Co miała w założeniu przynieść akcja #MeToo? Pokazać skalę problemu, przekonać molestowane kobiety, że nie są same. To się na pewno udało – jest nas wiele milionów, a to tylko w samych mediach społecznościowych, gdzie przecież nie każda odważyła się ujawnić. Jednak słowem kluczem, które wybrzmiewało najczęściej w kontekście akcji, było „empowerment”. Może i Polacy nie gęsi, ale takiego słowa akurat nie mają – oznacza ono umocnienie, polepszenie pozycji, zastrzyk mocy, społeczny awans, zwiększenie kontroli.

Żadne z tych tłumaczeń jednak nie oddaje dobrze emocji, jakie to słowo wyraża. Empowerment w USA to najczęściej nie tyle zwykłe umocnienie, ile mitologiczne powstanie z duchowych popiołów, psychologiczno-społeczna wersja American Dream. W oryginalnym amerykańskim śnie awans był ekonomiczny – zaczynałeś od łachmanów, by skończyć w bogactwach; w tym nowym śnie startujesz jako mysz pod miotłą, którą inni zamiotą, gdzie im się podoba, a kończysz jako akceptujący siebie pan swojego losu, który nie boi się już sam sięgać po drążek miotły i metaforycznie zamiatać innymi myszami. Czy akcja #MeToo naprawdę przyniosła kobietom spodziewany empowerment?

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj