Kurz po bitwie opadł. Po euforii pierwszych niedzielnych sondaży anty-PiS wziął na wstrzymanie, bo czym dalej od zamknięcia lokali wyborczych, tym wyniki gorsze. Zwłaszcza w sejmikach wojewódzkich, gdzie podobno centrum samorządności i pieniędzy. Mało kto już wspomina, że o co innego w tej rozgrywce szło, że nie wybieraliśmy szefów kraju, tylko powiatu. Obie strony konfliktu jak kania dżdżu potrzebują sukcesu, więc wykrawają odpowiedni fragment rzeczywistości, podnoszą do góry i krzyczą: zwycięstwo!

A co widać? Polska tak samo podzielona, jak przed 21 października. PiS jak miał, tak ma o jedną trzecią większe poparcie niż główny konkurent. Koalicja Obywatelska silna w dużych miastach, PSL na wsiach, SLD i Kukiz’15 to plankton.

Jeśli anty-PiS jakąś lekcję winien wyciągnąć z tej rundy, to jedną: nie tędy droga.

Ilekroć myślę o niedzielnych wyborach, przed oczami mam ten obrazek.

Oto miasto powiatowe średniej wielkości, centralna Polska. Przedostatni tydzień kampanii samorządowej. W poniedziałek do miasta zjeżdżają najwięksi z wielkich opozycji: Grzegorz Schetyna, Katarzyna Lubnauer i Barbara Nowacka. Spotkanie w późnych godzinach popołudniowych odbywa się w miejskiej bibliotece. Sala wypełniona w połowie, coś około 40 osób, w przeważającej większości – członkowie miejscowej Platformy i Nowoczesnej. Zresztą, jak to zwykle w przypadku takich spotkań, wcześniej obdzwonieni i zobowiązani do przyjścia.