Zapowiadana hucznie debata Jarosława Kaczyńskiego z Aleksandrem Kwaśniewskim będzie spotkaniem dwóch populistów, ale zarazem dwóch socjalistów. Obaj politycy reprezentują pogląd, że
państwo stworzone jest nie po to, by wspierać obywateli, lecz by ich zastępować. Obaj chcieliby Polakom podrzucać pomysły na życie, a przede wszystkim zarządzać ich pieniędzmi, pamięcią
historyczną i poglądami. Trudno się więc dziwić, że w tej debacie zabraknie lidera PO Donalda Tuska.
Lewica i Demokraci oraz Prawo i Sprawiedliwość różnią się tylko w kilku sprawach: lewica jest bardziej proeuropejska, PiS bliżej do Kościoła. Ale w swojej chęci zawłaszczenia państwa,
poddania wszystkiego partyjnej kontroli oraz lubości w obsadzaniu spółek Skarbu Państwa „swoimi ludźmi” oba te ugrupowania są sobie bardzo bliskie. Tak jak kiedyś o
karierach w państwowych spółkach decydował Wiesław Kaczmarek, tak dziś – wcale się z tym nie kryjąc – decyduje o nich prezes PiS.
Porównując jednak zagrożenie, jakie stanowią dla Polski zarówno PiS, jak i Lewica i Demokraci, nie mam żadnych wątpliwości, że poważniejsze jest zagrożenie ze strony partii Jarosława
Kaczyńskiego. I podkreślam: nie mam na myśli zagrożenia dla Platformy Obywatelskiej – bo my się PiS nie boimy – lecz zagrożenie dla Polski. My uważamy, że partie są dla
Polski, a PiS się wydaje, że to Polska jest dla partii. Tak samo wydawało się zresztą kiedyś SLD. Stopień upartyjnienia państwa jest dziś jednak znacznie większy niż za rządów Leszka
Millera, a patologie ledwie kiełkujące w okresie rządów SLD widzimy teraz w pełnym rozkwicie.
Publiczne media zostały przejęte przez rządzących: partyjni funkcjonariusze obsadzili wszystkie najważniejsze programy i decydują, o czym Polacy dowiedzą się, a o czym nie. Z telewizji
publicznej poodchodzili dziennikarze, którzy nie godzili się na partyjny dyktat np. w „Wiadomościach”. Tam panuje pełna cenzura – tego nie było nawet za czasów
Roberta Kwiatkowskiego. Bo nawet wtedy istniała jakaś szczątkowa reprezentacja opozycji w łonie KRRiT – dziś Rada jest obsadzona w stu procentach przez PiS i jego niedawne
przystawki.
To samo zjawisko widzimy w służbach specjalnych i w prokuraturze: postępowanie karne służy dziś nie tylko do wymierzania sprawiedliwości, lecz przede wszystkim do ordynarnej politycznej walki. Jeżeli nawet SLD kiedyś zachowywało się podobnie, to jednak nieporównanie bardziej dyskretnie. Właśnie dlatego wejścia postkomunistów do Sejmu nie obawiam się tak bardzo, jak dalszego sprawowania władzy przez ekipę braci Kaczyńskich.
Wydawać by się mogło, że Platforma ma przeciw sobie dwa ekstrema: z lewej strony LiD, z prawej PiS. Ale w rzeczywistości to ten sam, populistyczno–socjalistyczny sposób myślenia, tylko idący do wyborów pod innymi sztandarami. Czym się bowiem różnią choćby ich pomysły gospodarcze? Oba ugrupowania prowadzą politykę przejadania koniunktury, na którą sami nie zapracowali. A premier Kaczyński zajmuje się tylko podsłuchiwaniem własnych ministrów i wcale się nawet tego nie wstydzi.
Głównym zadaniem ludzi, którzy troszczą się o Polskę i mienią się patriotami, powinno być odsunięcie od władzy tego najgorszego od 18 lat rządu. Jarosław Kaczyński dawno już stracił miarę. W obecnej kampanii używa języka rodem z czasów zimnej wojny domowej. Gdy mówi o politycznych konkurentach, odwołuje się do skojarzeń z 13 grudnia 1981 r. Według niego każdy, kto nie popiera PiS, jest łapówkarzem i przestępcą, a ewentualna przegrana PiS będzie porównywalna do oddania Polski obcym wpływom. Tak samo mówił przecież Wojciech Jaruzelski, wprowadzając stan wojenny – usłyszeliśmy, że chce nas uchronić przed narodową tragedią. To już nie jest dyskusja – to trzeba leczyć.
Prezes PiS ośmieszył się zupełnie, gdy powiedział, że wybiera debatę z Aleksandrem Kwaśniewskim, bo – cytuję – „po co ma rozmawiać z pomocnikiem, skoro może rozmawiać z szefem?”. A na debatę z Donaldem Tuskiem zgodzi się, jeśli ładnie poprosimy. A może mówiąc o Kwaśniewskim per „szef”, Kaczyński miał na myśli swoje własne relacje z nim? Skoro w tym gronie jest dwóch szefów i jeden pomocnik, może się okazać, że mamy do czynienia z cichym sojuszem między PiS a LiD.
Wcale by mnie to nie zdziwiło – mówi się przecież, że owa spontaniczna debata w rzeczywistości była już przez Kaczyńskiego i Kwaśniewskiego dawno umówiona. Jak trafnie zauważył „Dziennik”, to przecież właśnie prezes PiS w miniony weekend przywrócił znaczenie Kwaśniewskiemu, wcześniej – jak się wydawało – całkowicie ośmieszonemu w Kijowie. Z postkomunistami łączy braci Kaczyńskich jeszcze jedna przenikliwa teza: że jak ktoś ma pieniądze, to skądś je ma. Pod tymi słowami godnymi Talleyranda i Metternicha, a wygłoszonymi przez Lecha Kaczyńskiego, z pewnością podpisałby się oburącz towarzysz Wiesław, gdyby tylko żył. Bo nieufność wobec bogatych zawsze była w Polsce hasłem nośnym. Wygląda więc na to, że Jarosław Kaczyński przeczuwa już, że nie wygra wyborów i szuka potencjalnego koalicjanta. Ponieważ z Platformą nie odważy się rządzić, pozostaje mu jedynie Lewica i Demokraci.
To słuszny wybór – w wielu kwestiach oba te ugrupowania zrozumieją się bez słów.