Nawet tymi, które - jak jeden z ostatnich - pokazują wzrost poparcia dla PiS. Przypominam sobie wtedy, że wszystkie sondaże w roku 2005, przed poprzednimi wyborami parlamentarnymi, wskazywały na zdecydowane, wielopunktowe zwycięstwo PO. Jak się skończyło, wszyscy wiemy.
I to nie jednorazowy wypadek. Również w słynących z jakości badawczej socjologii Niemczech - potężna demokracja, rzetelne badania elektoratów itp. - wszystkie sondaże dwa lata temu przewidywały miażdżące zwycięstwo chadeków z panią Merkel na czele. Tymczasem uzyskali oni przewagę ledwie kilku mandatów, tak że jeszcze wiele tygodni minęło, zanim udało im się sklecić koalicyjny rząd. Te przykłady pozwalają mi spokojnie czytać codzienną prasę i bez nerwów podchodzić do wyników sondaży.
Ponadto tzw. badania opinii publicznej prowadzone są zawsze na wybranej grupie ludności. Pytanie pierwsze: kto ją wybrał? Pytanie drugie: dlaczego ani ja, ani moja żona, ani mój syn, ani nikt z moich licznych znajomych w ciągu piętnastu lat nie dostąpił tej łaski bycia zapytanym przez ankieterów, jakie są nasze preferencje polityczne? Skoro nie znam odpowiedzi na takie pytania, nie będę ślepo ufać jakiejś - wybranej w nie wiedzieć jaki sposób - nieznanej mi grupie ludności. Mnie jest wszystko jedno, co ona uważa. Liczyć się będzie, kto i jak pójdzie głosować.
Podchodzę więc do słupków sondażowych spokojnie, bo mam 85 lat i świadomie obserwuję procesy wyborcze w Polsce i w Europie od lat sześćdziesięciu z okładem. Zastanawiam się jednak, czy jeśli znów wygra PiS, będę to umiał wytłumaczyć sobie i swoim przyjaciołom z Zachodu. Wszak bardzo trudno wytłumaczyć stany szaleństwa. Są sytuacje, w których pewne zachowania narodowe są odczuwane jako samobójcze. I jak tu komukolwiek wytłumaczyć, że popełnił samobójstwo ktoś, z kim piłem dwa dni temu herbatę i najspokojniej w świecie przyjaźnie gawędziliśmy? Nikomu tego nie życzę, ale to się przecież zdarza.
Tymczasem PiS ma swoje sposoby na ludzi. Być może potrafi część z nich nakłonić do działań samobójczych. Niektórym Polakom - jak widać - podoba się ta absolutna, bezgraniczna, obłudna i zakłamana demagogia. Jeżeli w jednej partii zmieścili się i Ryszard Bender, i Antoni Macierewicz, a obok nich również całkiem poważni ludzie, to to wymyka się moim zdolnościom poznawczym. To, co ich, jest tak dalekie od tego, co moje, że już nawet nie próbuję szukać wytłumaczenia dla tych zjawisk.
Ale to nie znaczy, że będę czekał na wybory bezczynnie. Czułem się w obowiązku wystąpić już raz na konwencji PO, ale jutro będę się odzywał jeszcze głośniej. Odbędzie się wówczas w Warszawie prezentacja komitetu honorowego Platformy Obywatelskiej, do którego zostałem zaproszony. W nim zasiądą naturalnie nie tylko członkowie tej partii, ale i osoby takie jak ja, które do partii zapisywać się nie zamierzają. Podobne w tonie wystąpienia publiczne będę miał również w dniach kolejnych - w Białymstoku i na antenie TVN. Polecam się uwadze widzów!
Jeżeli jednak angażuję się w tę kampanię, to nie ze strachu przed PiS. Przeżyłem Hitlera i Stalina; przeżyłem Gomułkę, Bieruta, potem znów Gomułkę i Gierka; przeżyłem Jaruzelskiego; przeżyłem prezydentów Wałęsę i Kwaśniewskiego - wymieniam fakty historyczne czysto chronologicznie, bez żadnego wartościowania. Po prostu z niejednego pieca już chleb jadłem. Przeżyłem rzeczy zupełnie nie do przyjęcia i jako tako do przyjęcia. Dziś przeżywam inny rząd i innego prezydenta, ale moja przynależność organizacyjna jest wciąż ta sama: bezpartyjny, niezależny, niezrzeszony, samodzielny związek zawodowy Bartoszewskiego.