Elektorat posępnie gacie przepiera - nie ma Giertycha i nie ma Leppera. Boże mój dobry - częściowo nie ma nawet Ziobry. I to w zasadzie wszystko.

Niby jest pięknie i do rymu - w istocie jest mało i niejasno. Wbrew pozorom nie nastąpiło w minionym roku żadne wielkie przesilenie. Wynik wyborów wynikiem wyborów, a stan kraju stanem kraju. Zwłaszcza stan głów Polaków stanem ich głów - są one nadal dotkliwie podzielone. Niech Opatrzność strzeże, by stały się jednakowe, by brakło podziałów, ale nad dotkliwością różnic, nad ich zimnowojennością nie ma żadnej pracy. Nawet jakby sama świadomość sprawy słabła i znikała.

Jak się śledzi komentarze, diagnozy i rozliczne wysoko fachowe wypowiedzi, można odnieść wrażenie, że obecnie nastał w kraju słodki czas rozgrywek gabinetowych. Wyłącznie. Reszta jakoś leci. Nagle się przenajrozmaitszym ekspertom przywidziało, że sedno polskiej problematyki polega na sposobach dogadywania się prezydenta z premierem. Pogadają jak prezydent z premierem czy pogadają jak PiS z kotem?

Nie jest to aż tak ciekawe. Nawet koneserzy gabinetowych szarad rychło się znudzą. Prezydent za Chiny nie powie Tuskowi, co naprawdę z bratem kombinuje, a Tusk, który udowodnił, że potrafi być skuteczny i niebezpieczny, też nie powie. Ponieważ obaj są w urzędowych rygorach, ich fasadowa, mniej lub bardziej zdawkowa, mniej lub bardziej chłodna komunikacja trwać może do końca świata.

Chyba że ktoś tu - jak przeczuwa Lech Wałęsa - szykuje zamach stanu. Nie bagatelizowałbym tych przeczuć. Za poważnie to nie wygląda, ale ostrożnie z lekkością. Jakieś knucie może odchodzić. Coś może wisieć w powietrzu. Na zdrowy rozum jest to mało prawdopodobne; w końcu Kaczory, mając do dyspozycji wszelkie służby, nie były w stanie żadnej dyskretnej akcji skutecznie przeprowadzić, ale to może być argument odwrotny. Może sprawować władzę i knuć równocześnie nie jest tak wygodnie i tak skutecznie jak knuć w opozycji? Może sprawowanie władzy przeszkadza w knuciu? Zarówno operacyjnie, jak i emocjonalnie? Wszystko na zawołanie, a przyjemności żadnej?

Faktycznie jest jakby za spokojnie. Za cicho. Za normalnie. Wałęsa może mieć węch do takich rzeczy. Ma zdrowy rozum? Nawet jak nie ma - ma intuicję, a może dar boży.

Odżył w minionym roku głównie za sprawą Rady Mędrców, do której ma być polskim kandydatem. Ma się rozumieć, z miejsca ruszyli wzgardliwcy, kompleksiarze i opluwacze - oni dają siłę swym ofiarom. Dawaj z odkrywczością szydzić, jak to Lechu ledwo polszczyzną włada i nie wie, co gada. Obsesyjne powtórki? To akurat rozumiem.

Oczywiście, samo wyrażenie: Rada Mędrców - brzmi groźnie. Wielkich jednak szkód z tego nie powinno być. Lech Wałęsa do takiego ciała pasuje jak ulał. Z całą pewnością będzie tam - to akurat mówię bez cienia ironii - najmądrzejszy. Mądrość Wałęsy - temat osobny. Ma się rozumieć, są od niego mądrzejsi mędrcy, roztropniejsi politycy i przenikliwsi analitycy. Lech Wałęsa nie napisze ani wybitnej książki o filozofii, ani nawet popularnej broszury o współczesnych doktrynach politycznych. Nic z tego wszakże nie wynika. Inni daleko od Wałęsy intelektualnie muskularniejsi mocarze mózgu takie rzeczy potrafią i z tego dopiero nic nie wynika. Weźcie zaproponujcie do Rady Mędrców Europy Legutkę.

Philip Roth, a może Saul Bellow, o jednej ze swych postaci: "Ten facet wiedział wszystko. Szkoda, że nie miał pojęcia o niczym poza tym". ( Pasuje jak ulał nie tylko do Rokity). Otóż Wałęsa z całą pewnością nie wie wszystkiego, być może nawet - jak chcą niektórzy - nie wie niczego; wie jednak "coś poza tym". Ma iskrę rozbłyskującą być może rzadko, ale rozbłyskującą kiedy trzeba i wówczas silniej od niejednego kaganka oświaty świecącą. Niestety.

Wspomniałem o skuteczności Donalda Tuska, na wszelki wypadek podkreślam: żadnych w tym peanów nie ma. Nie tylko z racji, że marcinkiewiczowszczyzna z fazy symptomów wchodzi w fazę galopującą. Poza wszystkim: peany winni są Tuskowi ci, co jego pokonanego przeciwnika mieli (mają, mam nadzieję, nadal) za drugiego Piłsudskiego. Człowiek, który z lekkością pokonał największego od czasów Marszałka polityka, zasługuje chyba na podziw? Człowiekowi, który takie tłumy porwał, a jak nie porwał, to na nogi przy urnach postawił, winniście chyba - panowie - uznanie?

Owszem, osobiście też mam dla obecnego premiera uznanie, tyle że, delikatnie mówiąc, mniejsze. Zrobił w Roku po Narodzeniu Chrystusa Dwa Tysiące i Siódmym to, co zrobił. Wyszedł na boisko i wygrał mecz. Mówił spokojnie, na luzie, do rzeczy i całymi zdaniami. Na Piłsudskiego może by to nie starczyło, na gomułkowskiego krzykacza było aż nadto.

Tak mi się - z jadowitą satysfakcją - wtedy, podczas pamiętnej debaty, zdawało. Teraz - jak po swojemu miniony rok bilansuję - zdaje mi się, że nie było i nie jest tak prosto.

Wtedy, tuż po pamiętnych wyborach, spazmatyczne okrzyki przegranych, że wygrali, albowiem w stosunku do poprzednich wyborów dwa miliony więcej głosów zyskali, zdały mi się samobójczą groteską. Jak przegrani przegrali, choć tyle zyskali - to ile zyskali ci, co wygrali - tym więcej, że wygrali wysoko? Jak drużyna wygra pierwszy mecz 1:0, a rewanż przegra 7:2 i potem twierdzi, że odniosła sukces, albowiem w rewanżu strzeliła dwakroć więcej goli, niż w pierwszym meczu, to jaki psycholog i jaki Beenhakker jest potrzebny takiemu zespołowi? Przy tego rodzaju prostych i oczywistych konstatacjach stałem wtedy i w zasadzie dalej przy nich stoję, ale stoję już nie na baczność.

Otóż powiększenie przez PiS elektoratu to jest jednak zjawisko - mimo generalnej klęski tej drużyny - dziwne i denerwujące. Byłem pewien, że Kaczor jest wirtuozem zrażania. Wyłącznie. Byłem pewien samych strat. A tu straty były ogromne, ale i bez zysków się nie obyło. Świat jest pełen zagadek. Nie, żebym temu zjawisku przyznawał jakiś tytuł zjawiska roku, czy coś. Ani mi to w głowie. Z dziwnością też bez przesady. Tłumaczono mi w końcu, jak w ciemię bitemu: PiS zeżarł przystawki, elektorat Samoobrony i LPR strzelił dla Kaczorów jakieś bramki. Wmawiano mi: niejeden inteligentny człowiek na PiS w zeszłym roku głosował; nie chciało mi się wierzyć, w końcu uwierzyłem, tym więcej uwierzyłem, że osobiście poznałem jednego inteligentnego gościa, co nawet nie na PiS, a na - nie uwierzycie - LPR w październiku głos oddał - dajcie spokój. Jak powiada klasyk: "Gdzieś tam coś tam się kiełbasi, a choć i pusto jak w nocy na polu". Spokojnego Nowego Roku wam życzę. Po stokroć spokojnego. Niech się nie kiełbasi.