Dziennik Gazeta Prawana logo

Bąk: Francuskie auta są jak francuskie komedie...śmieszne [OPINIA]

19 czerwca 2020, 13:07
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji
<p>Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji</p>/Dziennik Gazeta Prawna
Oglądaliście w środę wieczorem debatę prezydencką? Ja nie. I wcale nie dlatego, że nie interesuję się polityką albo wiem, na kogo oddać głos. Po prostu w tym samym czasie na innym kanale leciała francuska komedia "Czyja to kochanka?”. A ja mam ogromną słabość do francuskich komedii. Bo mają sporo wspólnego z francuskimi samochodami – są po prostu śmieszne. We francuskich komediach, zupełnie jak we francuskich autach, często dochodzi do wielu zabawnych pomyłek, a pracownicy fabryk wypijają podczas przerw na lunch jeszcze więcej wina niż aktorzy na planie.

Generalnie wydaje mi się, że kinematografia ma wiele wspólnego z tym, jakie dany kraj produkuje samochody. Weźmy na przykład takie filmy niemieckie. W nich akcja zazwyczaj jest tak nudna, a aktorzy tak sflaczali, że człowiek zaczyna ziewać już w drugiej minucie. Ale jeżeli dobrze traficie, to akcja będzie tak wartka, a niemieccy aktorzy tak sztywni, że w drugiej minucie będzie już po filmie. I tak jest też z autami zza Odry – możecie mieć Golfa lub Focusa, które budzą nie więcej emocji niż dłubanie w nosie, ale możecie też mieć Porsche 911 GT3 RS albo Mercedesa GT R, które znajdują się w dziale "Nur für Erwachsene”, w zakładce "Hardcore”.

Filmy amerykańskie? Pełno w nich efektów specjalnych, fajerwerków, wybuchów i przepychu, ale tak naprawdę w dużej części to po prostu szmira. Nie mają większej wartości poznawczej. Są tanią rozrywką. I identycznie jest z dużą częścią tamtejszych wozów – podobają się nam, bo mają silniki V8, są imponujące i groźnie brzmią. Dlaczego zatem ich nie kupujemy? Bo zdajemy sobie sprawę, że już następnego ranka na naszym podjeździe będzie stała jedynie kupa bezwartościowego złomu.

Kino szwedzkie jest z reguły ambitne. Jak Volvo, które od wielu lat robi wszystko, by zasłużyć na tytuł najlepszego ucznia w klasie premium. Nie wszyscy jednak lubią kujonów, dlatego musieliśmy pożegnać się z Saabem.

Czeski film polega z kolei na tym, że obecnie kupując Skodę Superb, można dostać rachunek na 230 tys. zł. Naprawdę! Skoda kosztuje tyle, co BMW 5.

Jest jeszcze kinematografia koreańska, o której jeszcze dosłownie przed chwilą kompletnie nikt w cywilizowanym świecie nie słyszał, aż tu nagle dzieło "Parasite” Bonga Joon-ho zdobyło cztery Oscary. Czy nie identycznie jest z Hyundaiem i Kią? Przecież chwilę temu na ich widok zbierało się nam na wymioty, tymczasem nie dalej jak dwa miesiące temu światowym samochodem roku została Kia Telluride, a Kia e-Soul – światowym miejskim samochodem roku.

Tak dochodzimy do filmów polskich, czegoś, co na dobrą sprawę nie istnieje – zupełnie jak polski samochód. Owszem, raz na jakiś czas ktoś podejmie się nakręcenia czegoś ambitnego, ale wówczas jest to tak ciężkie, że "Chłopiec w pasiastej piżamie” wydaje się przy tym komedią romantyczną. Na drugim biegunie siedzi Patryk Vega, który robi coś w rodzaju polskiego samochodu elektrycznego – zawsze wychodzi z tego jedno wielkie nic.

Zostały nam filmy japońskie. Szczerze mówiąc, żadnego nie widziałem. Kojarzę tylko mangę. I faktycznie, jak patrzę np. na Mitsubishi ASX, to widzę starą kreskówkę, którą Japończycy uparcie rysują na kartkach ryżowego papieru, podczas gdy cały świat od dawna ogarnia animacje za pomocą komputerów. I to tak, że premiera nowej bajki Disneya bardziej jara dorosłych niż dzieci. Jestem jednak przekonany, że Japończycy filmy też robią i chyba nawet wiem, jakie – człowiek zasypia w pierwszej minucie, a po dwóch godzinach budzi się wypoczęty i zrelaksowany. Dokładnie tak, jak w Lexusie LS 500h.

W tym miejscu powinienem napisać, że "jeździłem tym samochodem przez cały ubiegły tydzień”, ale nie byłoby to do końca zgodne z prawdą. Bo ja nim nie jeździłem, tylko pływałem. Pneumatyczne zawieszenie tak dobrze izoluje od wszystkiego, co dzieje się na drodze, że w zasadzie zupełnie nieistotne jest, czy stoicie w miejscu, czy suniecie 200 km/h – we wnętrzu panuje dokładnie taki sam święty spokój. Jeszcze lepiej jest, gdy siedzicie akurat na tylnej kanapie – tam fotel rozłożyć można do "pozycji dentystycznej”, z tą różnicą, że nikt tam nie grzebie wam w otworze gębowym. A na dodatek specjalne kule wbudowane w oparcie i w siedzisko urządzają taki masaż, że gdy zbliżyły się w okolice mojej kości ogonowej, zacząłem autentycznie obawiać się tego, co za chwilę stanie się z moimi czterema literami. Na szczęście zatoczyły bezpieczne koło.

Dorzućcie do tego system audio Mark & Levinson z 22 głośnikami, wszechobecną skórę, wstawki z egzotycznego polerowanego drewna i zdobionego szkła, boczki drzwi wykonane w stylu origami, a otrzymacie ultraluksusowy środek transportu. Owszem, to samo można powiedzieć o Mercedesie klasy S albo BMW serii 7, ale one zwracają na siebie uwagę mniej więcej tak jak głośne kaszlnięcie na środku galerii handlowej w godzinach szczytu. Lexus jest nieco mniej ostentacyjny i bardziej stonowany. Ale oczywiście ma też wady. Jak choćby mikry bagażnik, w dodatku o tak nieregularnym kształcie, że wypełnicie go 430 litrami żwiru albo plastikowych kuleczek, ale nie walizek. No i brak Apple Car Play czy Android Auto w samochodzie za pół miliona złotych jest co najmniej takim nieporozumieniem, jak Stanisław Żółtek w roli kandydata na prezydenta.

Jeżeli jesteście ciekawi, jak jeździ LS 500h, to mogę wam jedynie przytoczyć dane z katalogu: 5,5 sekundy do setki, 359 koni mechanicznych z silników spalinowego i elektrycznego, stały napęd na cztery koła, spalanie na poziomie 8–9 litrów. Natomiast nie mam bladego pojęcia, jak to wszystko wygląda w praktyce, bo przez bity tydzień ani razu nie wykorzystałem nawet 30 proc. możliwości tego auta. Nawet raz nie wbiłem pedału gazu w podłogę. Ani razu nie przyszło mi do głowy, by poszaleć. I nie chodzi wcale o to, że LS się do tego nie nadaje. To po prostu kwestia tego, że w nim zwyczajnie nie chce się człowiekowi tego robić. Obojętne, jaki dystans nim pokonywałem i gdzie się akurat udawałem – zawsze wybierałem okrężną drogę i chciałem, żeby podróż trwała jak najdłużej. Po prostu LS jest dla ludzi, którzy już nikomu niczego nie muszą udowadniać. Jest jak film, który się kończy i zostawia w człowieku niedosyt. 

CZYTAJ WIĘCEJ W NAJNOWSZYM WYDANIU DGP>>>

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj