Umówmy się – Zbigniew Ziobro przy nim to grzeczny chłopiec i miękiszon słuchający geopolitycznych rozkmin ojca Rydzyka. Wilders jest agresywny, a przy tym skuteczny w forsowaniu swoich antyeuropejskich projektów. Polski minister sprawiedliwości to bardziej natura ministranta posługującego do mszy Rodzin Radia Maryja.
Reklama
W tym sensie polsko-holenderski spór o praworządność pełen jest paradoksów. Zjednoczona Prawica (ZP) doprowadziła do nihilistycznych zmian w polskim wymiarze sprawiedliwości, zwiększając jego bezwład i umacniając korporacyjność, którego dzisiejsza opozycja – po ewentualnym przejęciu władzy – najpewniej nie będzie już w stanie rozmontować (choćby w obawie o zarzut, że gwałci rządy prawa). Holenderska prawica Ruttego z kolei, odwołując się do pozwu przeciw Polsce przed Trybunałem Sprawiedliwości UE, co najwyżej pomoże ZP znaleźć wroga, wokół którego będzie można jednoczyć co bardziej konserwatywnych Polaków w walce z „Niderlandzkim Królestwem Prostytucji, Narkotyków, Eutanazji i Aborcji” reprezentującym dla propagandy PiS wszystkie cechy „zgniłego Zachodu”.
Rutte gotów jest jednak zapłacić cenę niechęci Polaków do jego kraju. Bo tak naprawdę ani Polska, ani rządy prawa lub ich brak nie mają dla niego żadnego znaczenia. To, co jest ważne, to przelicytowanie przed marcowymi wyborami takich jak Wilders. Polityków, którzy reprezentują zaściankowy elektorat holenderski, dla którego integracja europejska w wersji z Europą Środkową oraz dzikusami – takimi jak Polacy czy Węgrzy – była akceptowalna dopóty, dopóki zgadzał się rachunek ekonomiczny. Gdy przewagi, takie jak dumping technologiczny czy podatkowy, działały na rzecz Hagi, Luksemburga czy Paryża – można było przymknąć oko na osobliwą i pachnącą cebulą naturę zaodrzańskiego Wschodu. Gdy pojawiło się coś, co określane jest mianem dumpingu socjalnego – dzikość serca przestała być akceptowalna. Grając kartą praworządności, najłatwiej odciąć relatywnie duże, zwierzęco przedsiębiorcze i chłonne państwo takie jak Polska od pieniędzy – nieco naftalinowych – holenderskich czy belgijskich podatników. I zebrać poklask elektoratu, który ma mgliste pojęcie o tym, w jaki sposób Ziobro rozmontowuje system sądownictwa.
O tym, że za działaniami Hagi stoją właśnie takie motywy, świadczy wywiad z prawnikiem współpracującym z rządem Ruttego przy pisaniu pozwu przeciw Polsce, który wczoraj opublikowaliśmy w DGP. Dimitri Kochanov powiedział wprost: Holandia będzie szukać sojuszników wśród innych państw członkowskich. Zapowiedział to już minister spraw zagranicznych Stef Blok. I jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności ta koalicja składa się z grupy skąpców, którzy chcą jak najmniejszego budżetu UE (Finlandia, Szwecja, Dania, Belgia) i nie są zainteresowane pakowaniem funduszy do Europy Środkowej czy na Południe.
Jeśli Polska przegra sprawę o systemowe zagrożenia dla praworządności, straci pieniądze (…) rozpocznie się proces izolowania Polski na wspólnym rynku – precyzuje Kochanov. To samo mógłby w końcu powiedzieć Rutte. Wprost i bez irytującej retoryki troski. Chodzi tylko o pieniądze i wspólny rynek, na którym Polska już za rządów Platformy Obywatelskiej coraz śmielej się rozpychała. Powiedzmy to sobie szczerze, Holandia w sporze z Polską o praworządność jest tak samo wiarygodna jak ateista broniący wiary i interesów Kościoła. Liczy się tylko fundamentalna kwestia sprowadzająca wszelkie spory do wspólnego mianownika i sformułowana przez Gałczyńskiego w wierszu „Modlitwa polskiego poety” – „mnie asonanse i tryle, i twarde pytanie: – ile?”.