W styczniu Związek Nauczycielstwa Polskiego i kilka innych organizacji podpisało "Porozumienie na rzecz upowszechnienia edukacji seksualnej". Autorzy przekonywali, że Polskę od innych krajów europejskich dzieli "cywilizacyjna przepaść". I domagali się wprowadzenia obowiązkowej edukacji seksualnej, podczas której przekazywana byłaby m.in. wiedza o sposobach zapobiegania ciąży czy profilaktyki HIV/AIDS.

>>>Lewica zmusi dzieci do nauki o seksie

Rząd się nie zgadza. "MEN będzie respektować zapisane w Konstytucji RP prawo rodziców do zapewnienia swoim dzieciom wychowania i nauczania moralnego i religijnego zgodnie z ich przekonaniami" - pisze w oficjalnym oświadczeniu wiceminister Krystyna Szumilas.

Od nowego roku szkolnego zajęcia z wychowania do życia w rodzinie nie będą już częścią wiedzy o społeczeństwie, ale osobnym przedmiotem. Jednak dziecko nie będzie musiało w nich uczestniczyć, jeśli nie życzą sobie tego rodzice.

Przedstawiciele Fundacji Dzieci Niczyje nie kryją zawodu. "Jeśli rodzice nie uznają teorii Darwina, nie jest to przecież powód, by dziecko nie chodziło na biologię" - mówi Maria Keller-Hamela z zarządu fundacji. A Grzegorz Południewski z Towarzystwa Rozwoju Rodziny podkreśla: "Na takich zajęciach do niczego się przecież młodych ludzi nie namawia, ale przekazuje pakiet informacji o zdrowiu i higienie".

Michał Baran z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży widzi rzecz inaczej. Pomysł wprowadzenia obowiązkowej edukacji seksualnej nazywa "niedopuszczalnym". "Państwo nie ma prawa na siłę przejmować od rodziców prawa do wychowywania dzieci. Seksualność ociera się o kwestie moralne. Mówiąc np. o środkach antykoncepcyjnych, należy podkreślać, że ich stosowanie sprawia, że partnerzy zaczynają się traktować przedmiotowo" - uściśla Baran.