Sukces, który stał się udziałem Polski po upadku komunizmu, miał dwa podstawowe źródła. Pierwszym była udana, choć bolesna i – co oczywiste – niepozbawiona błędów transformacja ekonomiczna, która uczyniła z nas kraj o otwartej gospodarce rynkowej. Drugim źródłem była polityka zagraniczna, która spowodowała, że staliśmy się państwem zachodnim w sensie geopolitycznym.
W jednym i drugim przypadku udało się nie dopuścić do eksperymentów prowadzących do tak zwanej trzeciej drogi, czyli w okolice Białorusi. Sukces polityki zagranicznej ostatnich
kilkunastu lat polegał na przywróceniu Polsce suwerenności, zapewnieniu solidnych gwarancji bezpieczeństwa oraz podstaw gospodarczego rozwoju, a także cywilizacyjnej odnowy. A jest co
odrabiać po półwieczu komunizmu.
Bezpośrednio po otrzymaniu nominacji premier Jarosław Kaczyński udał się do siedziby warszawskiej giełdy, aby zapewnić świat gospodarki, polskich i zagranicznych przedsiębiorców
oraz inwestorów o kontynuacji dotychczasowej polityki makroekonomicznej. Premier wykluczył majstrowanie przy budżecie i zadeklarował jako priorytet swego gabinetu sanację naszych
finansów publicznych. To były ważne deklaracje, świadczące o odpowiedzialności nowego szefa rządu.
Pierwszeństwo dla Unii
Podobnych zapewnień potrzebuje polska polityka zagraniczna. W tym obszarze kontynuacja i obliczalność są wielkim kapitałem. Nie jest to jedynie kwestia zasad czy wizerunku. Wiarygodność państwa na scenie międzynarodowej ma podstawowe znaczenie dla możliwości realizowania przez nie jego podstawowych interesów. Dzięki członkostwu w UE i NATO Polska jest krajem bezpiecznym, ma korzystne perspektywy rozwojowe, a naszego położenia geopolitycznego nie można porównać z tym sprzed siedemnastu lat. To wszystko prawda, ale w życiu narodów, podobnie jak w życiu człowieka, nic nie jest dane raz na zawsze. Konieczny jest stały wysiłek, aby nie zostać w tyle, aby nie przeoczyć jakiejś niekorzystnej tendencji rozwojowej. Trzeba kultywować przyjaźnie i sojusze oraz samemu dawać, aby móc otrzymać w zamian. Przeszłe zasługi i krzywdy nie są atutem. Natomiast atutem jest mądra praca, wiarygodność i możność polegania na nas przez naszych europejskich partnerów.
Najważniejsze w tym wysiłku jest najbliższe otoczenie. Stanowi je Unia Europejska. Pomyślmy przez chwilę, gdzie bylibyśmy, gdyby po upadku komunizmu nie dokonywał się proces integracji europejskiej. To jakaś historyczna sprawiedliwość, że nie mogąc tworzyć Wspólnoty od początku, mogliśmy do niej przystąpić, uzyskując pomoc rozwojową przekraczającą znacznie to, co oferował w swoim czasie plan Marshalla. UE nie zagraża niczyjej tożsamości, nie narusza suwerenności, wykluczony też jest w jej ramach – wbrew różnym legendom – dyktat silniejszych wobec słabszych. W żywotnym interesie narodowym Polski leży więc umacnianie Unii Europejskiej. Lepszego domu na niepogodę nie znajdziemy. Unia jest europejskim dobrem publicznym, o które trzeba dbać choćby z egoizmu, jeśli nie starcza łaski wiary „w Europę”.
Żyć dobrze z sąsiadami
Otoczenie to także bliżsi i dalsi sąsiedzi. Z perspektywy historycznej nie sposób przecenić tego, co dokonało się w stosunkach polsko-niemieckich po 1989 r. Owszem, nie wszystkie problemy zostały rozwiązane doskonale, pojawiają się nowe. Lecz w polityce nie ma takiej czarodziejskiej różdżki, za pomocą której to, co złe, znika na zawsze, a zostaje samo dobro. I w tym przypadku potrzeba wspólnego wysiłku, dialogu i upartego budowania tego, od czego nie może być odwrotu, to znaczy polsko-niemieckiej wspólnoty interesów. Z rządem kanclerz Merkel jest to możliwe. Pomocą może tu być Trójkąt Weimarski, wokół którego nagromadziło się ostatnio wiele niezasłużonych emocji. Formuła weimarska nie tylko dobrze służyła polskim interesom, ale daje nam także możliwość wnoszenia wkładu we wspólną odpowiedzialność za Europę. Nakłada ją na nasze trzy kraje historia i geopolityka. 29 sierpnia odbędą się w Weimarze obchody piętnastolecia trójkąta. Może warto je zaznaczyć jakąś niespodziewaną obecnością?
W stosunkach z naszymi sąsiadami ze Wschodu trzeba starannie wyważać realizm w ocenie sytuacji oraz nasze prometejskie pragnienia dotyczące ich kierunku rozwoju. Ograniczeń naszego potencjału i położenia nie przeskoczymy. Trzeba się nastawiać raczej na działania pośrednie niż na otwartą ofensywę. Więcej uczynimy dla Ukrainy i Białorusi poprzez UE, niż działając jednostronnie. W kwestii zaś Rosji, jeśli do praktykowania demokracji nie może jej nakłonić prezydent George W. Bush i jego zachodni partnerzy z G8, to znaczy, że nie jest to także zadanie dla Polski. A o nasze interesy gospodarcze i energetyczne w stosunkach z tym krajem trzeba zabiegać z nie mniejszą zręcznością, niż czynią to Waszyngton czy Berlin. Zresztą do konstruktywnego podejścia do relacji z Rosją i Niemcami zachęcają nas sami Amerykanie.
Bliskie stosunki polityczne z USA są naszym atutem. Trzeba się jednak dobrze zastanowić, czy ich utrzymanie istotnie wymaga, aby spora część naszego wojska stawała się legią cudzoziemską, a nasze terytorium „republiką rakietową”. To ostatnie może się stać, jeśli nie uda nam się właściwie wynegocjować warunków dyslokacji w Polsce elementów tarczy antyrakietowej, która ma osłaniać – podkreślmy to – terytorium USA, nie RP. Istnieje wystarczająco wiele innych powodów i zasług, które powinny stabilizować nasze więzi polityczne z Ameryką. Leżą też w interesie Polski starania, aby różne selektywne inicjatywy Waszyngtonu w sferze bezpieczeństwa nie prowadziły do erozji NATO. Sojusz musi bowiem pozostać wiarygodnym fundamentem polskiego bezpieczeństwa.
Dyplomacja a styl
Polityka zagraniczna to nie tylko substancja, czyli elementarne interesy, transakcje, zobowiązania. Liczy się także styl. W bardzo dobrej rozmowie z Moniką Olejnik premier Jarosław Kaczyński powiedział, że jako szef rządu ma, w porównaniu do funkcji prezesa partii, mniejsze pole do „ekspresji retorycznej”. To dobra zapowiedź. Do polityki zagranicznej, bardziej niż do innej sfery, pasuje ludowe powiedzenie, że „słowo ptakiem wylatuje, a wołami wraca”. Powtórzmy: wizerunek, wiarygodność, owa świetnie scharakteryzowana przez Josepha Nye’a „soft power” to nie tylko Herbertowska „kwestia smaku”. To także kwestia skuteczności w docieraniu z naszym przesłaniem do partnerów, to zdolność neutralizacji nieprzychylnych opinii innych. Na to muszą pracować wszelkie władze Rzeczypospolitej. Nie jest to bowiem sprawa osobistych przekonań czy nastrojów, lecz imperatyw należytej reprezentacji racji stanu.
I wreszcie na koniec: w kreowaniu polityki zagranicznej nie trzeba się obawiać inaczej myślących. Wbrew chętnie podzielanemu przez wielu polityków przekonaniu, z ekspertów i badaczy można mieć pożytek. Trzeba tylko chcieć i umieć z nimi pracować. Wiele błędów w polityce, nie tylko zagranicznej, wzięło się stąd, że rządzący byli otoczeni ludźmi jednakowo myślącymi lub niemającymi odwagi wyrażać odmiennych opinii. Luksus sięgnięcia po zdanie niezależnego eksperta nic nie kosztuje, a pożytek może być niemały.
------------------------------
Roman Kuźniar, politolog, dyplomata. Dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i profesor UW, gdzie kieruje Zakładem Studiów Strategicznych. Redaktor naczelny „Rocznika Strategicznego”