Wiceminister obrony narodowej nie chce się więcej tłumaczyć z tego, co na temat byłych szefów MSZ powiedział w ubiegłą niedzielę w Telewizji Trwam. Uznał, że po burzy, jaką wywołał tą wypowiedzią wystarczy słowo: przepraszam. Chodziło mu ponoć nie o Sowietów, a o PRL.
"To jest dużo, ale jednak ciągle za mało" - uważa poseł Samoobrony, Janusz Maksymiuk. To właśnie szef jego partii, wicepremier Andrzej Lepper, najgłośniej domagał sie dymisji Macierewicza z funkcji wiceministra obrony. "Jeśli przeprasza, musi konkretnie powiedzieć: kogo przeprasza" - mówi dziennikowi.pl Maksymiuk. Co to oznacza? Że wiceminister obrony powinien wprost powiedzieć: kogo oskarżał.
A burza jaką wywołał wiceminister obrony była ogromna. Jej echa odbiły się nawet za naszą wschodnią granicą. Macierewicza ostro skrytykowała większość rosyjskich mediów. Ich zdaniem, jego oskarżenie były zupełnie bezpodstawne.
A Macierewicz? Przez tydzień zasłaniał się tajemnicą. Dziś jednak minister obrony Radek Sikorski zezwolił mu na pełne wyjaśnienie, co miał na myśli mówiąc o byłych szefach MSZ. Podobno obarczał winą za współpracę z sowieckimi służbami specjalnymi Włodzimierza Cimoszewicza, byłego posła SLD i kandydata lewicy w ostatnich wyborach prezydenckich. Z grona podejrzanych wykluczył jedynie Władysława Bartoszewskiego. Mimo jednak, że tajemnica już go nie obowiązuje, nadal się kryje. I nie chce wprost powiedzieć o kogo mu chodziło.