Bo Marcinkiewicz wyszedł przed szereg. "Proponuję zawarcie pomiędzy PiS i PO paktu o współpracy lub choćby paktu o nieagresji w zakresie najważniejszych dla Polski spraw: polityki rozwoju gospodarczego i wykorzystania funduszy europejskich, ale także polityki zagranicznej i obronnej" - napisał w DZIENNIKU.
Pomysł dobry. Tylko dlaczego Marcinkiewicz, który w tej chwili politykę ogląda z warszawskiego ratusza, miesza się w politykę kraju? Pełni funkcję prezydenta stolicy i przygotowuje się do wyborów samorządowych. Ale jak widać, czuje się, jakby cały czas kierował rządem.
"W zakresie polityki zagranicznej musimy wrócić do zasady, że jest ona budowana wspólnie z opozycją" - pisze były premier. "Polsce potrzebna jest wielka koalicja PiS i PO, dająca dużą siłę w parlamencie, pełną stabilizację polityczną" - apeluje i dorzuca, że starał się o taką właśnie koalicję. Bo takie porozumienie polityczne pozwala naprawiać państwo, zreformować gospodarkę i spokojnie rozliczyć przeszłość.
Czy Jarosław Kaczyński potraktuje te zalecenia jako dobre przyjacielskie rady, czy raczej jako prztyczek w nos? To się okaże.