Jak ksiądz zapamiętał niedzielę 13 grudnia, dzień wprowadzania stanu wojennego?
Potrzebne są dwa słowa wstępu zanim dojdę do tej niedzieli. W czwartek, czyli trzy dni wcześniej, przyszedł do mnie do kościoła akademickiego św. Anny w Warszawie pewien pan. I ostrzegł, bym za żadne skarby nie wyjeżdżał w sobotę do Częstochowy na zjazd Niezależnego Zrzeszania Studentów. Ja byłem wtedy i jestem do dziś kapelanem NZS. Mówił, że coś się święci i błagał, bym nie ruszał się z parafii.
Co to był za pan?
Mieliśmy życzliwych ludzi rozsianych po różnych instytucjach. To był pan z ministerstwa obrony. Żyje z resztą do dziś. Bardzo porządny człowiek
I powiedział, że będzie stan wojenny?
Nie podał szczegółów, ale ostrzegł, żebym nie ruszał się z Warszawy. Powiedział, że więcej zdradzić nie może. To była dla mnie trudna sprawa, bo na zjazd do Częstochowy miał przyjechać Prymas, a ja byłem przecież kapelanem NZS. Dla moich podopiecznych to było kompletnie niezrozumiałe, że ja nie jadę na Jasną Górę. A ja kluczyłem, kręciłem przed nimi. Mówiłem, że jestem zajęty i nie mogę się wybrać. Wtedy młodzi poszli do mojego przełożonego. A on mnie wsypał i powiedział im, że ja wcale nie jestem zajęty (śmiech). W końcu zostałem w Warszawie. W sobotę położyłem się spać o 23. Pół godziny po północy zobaczyłem nad swoim łóżkiem dwa anioły. To byli dwaj chłopcy z NSZ. Wykrzyczeli, że aresztują ludzi w całym mieście. Kazali wyjrzeć przez okno. I zobaczyłem, że kościół św. Anny jest otoczony przez czołgi i transportery.
I co ksiądz zrobił?
Pobudziłem wszystkich prędko. Księży i siostry zakonne. Rektor Tadeusz Uszyński podjął natychmiast decyzję o otwarciu kościoła. Dzięki temu mogło się schronić u nas blisko 20 delegatów na Kongres Kultury, który został oczywiście przerwany. Oni, był wśród nich na przykład Zbigniew Herbert, siedzieli przez całą noc w bibliotece i pisali odezwę. Myśmy się modlili w kościele. Nie wiedzieliśmy co się dzieje, telefony były wyłączone, nie wiedzieliśmy jeszcze, że jest stan wojenny.
Jak zrodził się pomysł powołania Komitetu Prymasowskiego?
Już 13 grudnia popołudniu przyszły do mnie do kościoła trzy osoby ze środowiska naukowego, miedzy innymi Paweł Czartoryski, którego ja dobrze znałem. Powiedzieli, że trzeba działać, bo władza poszła na konfrontację, mnóstwo ludzi jest poszkodowanych i trzeba im pomagać. Ja następnego dnia pobiegłem do kapelana Prymasa. Przedstawiłem mu sprawę i już piętnastego Prymas wydał dekret i mogliśmy działać. Odzew był ogromny. Zgłosiło się 1200 osób do pomocy. Mogliśmy przyjąć 500, bo pozabijalibyśmy się w ciasnych pomieszczeniach.
Na czym polegała wasza praca?
Ja byłem sekretarzem Komitetu i szefem informacji. Zbieraliśmy wiadomości o represjach, o tym co dzieje się w więzieniach, obozach internowań.
Jak to robiliście. Przecież władza ukrywała te informacje?
Przedstawiciele komitetu z oficjalnym glejtem jeździli do więzień, obozów. Wpuszczano ich w przeciwieństwie do rodzin ludzi wtrąconych do więzień. Po powrocie zdawali relację z tego co widzieli i usłyszeli. Niebagatelną rolę odegrali lekarze, którzy z nami współpracowali. Oni, po odwiedzinach u więźniów, także opisywali swoje spostrzeżenia. Z tego powstawały notatki, które składają się na archiwum Komitetu. Wielką robotę wykonywali też moi chłopcy z NZS, którzy docierali do rodzin represjonowanych. Dokumentowali wydarzenia stanu wojennego. To była działalność na wielką skalę. W sumie pod opieką Komitetu było kilkadziesiąt tysięcy osób.
Czy to archiwum jest świadectwem zbrodni, czy są w nim nieznane fakty z czasów stanu wojennego?
Wczoraj usłyszałem w telewizji, że śmiertelnych ofiar stanu wojennego było około 50. My znaleźliśmy świadectwa 90 takich przypadków. W archiwum są opisy zbrodni, ścieżek zdrowia, w których katowano ludzi.
A co z tych opisów zrobiło na księdzu wrażenie, które ksiądz nosi do dziś?
Opis więzienia na Białołęce, w którym w nieludzkich warunkach przetrzymywano kobiety. Przepełnione cele, brud, zaplute ściany przesiąknięte smrodem.
Ksiądz powiedział, że potajemnie pomagali wam ludzie, którzy byli urzędnikami reżimu. Kim byli?
Jednego pan zna. To Ryszrad Kukliński, który z wieży naszego kościoła nadawał drogą radiową meldunki do Amerykanów.
Michał Majewski:Byliście w to wtajemniczeni?
Ks. Józef Maj: Myśmy nie wchodzili w to, co on robi na wieży. Wydaje mi się, że rektor Uszyński miał pełną informacje. Dla mnie to było jasne od marca 1981, że rzekomy robotnik wchodzący remontować dzwonnicę nie jest żadnym robotnikiem. Jeszcze przed ucieczką z Polski Kukliński dał nam kontakt do człowieka z ambasady amerykańskiej, który w czasie stanu wojennego był dla nas nieocenionym źródłem. Przekazywał nam wiadomości, które na temat posunięć władz PRL zebrał wywiad amerykański.
Mieliście innych życzliwych?
Cenne wiadomości przekazywał mi osobiście podwładny generała Zbigniewa Pudysza. Pudysz był w MSW prawą ręką generała Kiszczaka.
Jak ksiądz odbierał te informacje?
Spowiadałem go w kościele św. Anny (śmiech). Oczywiście to nie była spowiedź, tylko udawanie spowiedzi.
Co ze stanu wojennego najbardziej zapadło księdzu w pamięć?
Bez wątpienia sprawa Grzesia Przemyka. Bo to było moje dziecko, nie fizycznie oczywiście. Znałem tego chłopca blisko, przyjaźniłem się z jego matką (łzy w oczach).
Dla księdza było od razu jasne, że zakatowało go SB?
Oczywiście, oni tak mataczyli, że nie było cienia wątpliwości.
A co ksiądz myśli o tym, że ta zbrodnia cięgle nie jest osądzona?
Żydzi potrafią po 60 latach wytropić w obcym państwie zbrodniarzy wojennych, udowodnić im winy. Sprawa Grzesia jest hańbą nie do zaakceptowania.
Losy archiwum Komitetu przypominają film szpiegowski. Proszę opowiedzieć coś o tej historii.
Gdy archiwum było małe, trzymałem je w tapczanie. Spałem na nim w stanie wojennym. Jak się rozrosło to znaleźliśmy bezpieczne miejsce w jednym z warszawskich klasztorów. Potem przenosiliśmy je kilka razy, bo w okolicach miejsc przechowywania zaczynali się kręcić smutni panowie. Gdy ci panowie zaczynali się kręcić za bardzo to ładowaliśmy archiwum na samochód i ruszaliśmy w drogę. Ukrywaliśmy je w parafii na Grochowie, w parafii w Lipkowie w Puszczy Kampionowskiej. Od 1984 roku do niedawna było tu.
Tu, czyli gdzie?
(ksiądz Maj uśmiecha się i kieruje palec w stronę podłogi). W piwnicy.
A to prawda, że przewozić to archiwum w czasie stanu wojennego pomagali byli oficerowie służb specjalnych II RP
Tak. Potrzeba była nam pomoc ludzi, którzy znali się na rzeczy.
Duże jest to archiwum?
– Naładowana do granic Nyska i dwa wypakowane samochody osobowe (śmiech).
Czy w tych aktach są sensacje historyczne?
Jeżeli za wertowanie tych dokumentów wezmą się ludzie niepowodowani poprawnością polityczną to znajdą dużo. Bardzo dużo.
Dlaczego dopiero teraz te akta zostają przekazane do Archiwum Akt Nowych.
Bo wcześniej mieliśmy poważne wątpliwości, czy te dokumenty będą bezpieczne. Przecież mnóstwo dokumentów zostało w Polsce poniszczonych. Polska okrzepła. Wydaje się, że teraz zmiany poszły tak daleko, że te akta będą bezpieczne.
Ks. Józef Maj, w stanie wojennym sekretarz Komitetu Prymasowskiego i ks. w kościele świętej Anny, duszpasterz NZS, proboszcz kościoła św. Katarzyny na Służewcu.
"Cenne wiadomości przekazywał mi podwładny generała Zbigniewa Pudysza. Pudysz był w MSW prawą ręką Kiszczaka. <Spowiadałem> go w kościele św. Anny" - mówi DZIENNIKOWI ks. Józef Maj, były sekretarz Komitetu Prymasowskiego, który ujawnia losy nieznanego dotąd archiwum.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama