To, że kontrola rzeczywiście była, potwierdziła w rozmowie z IAR rzeczniczka Izby, Małgorzata Pomianowska. Dodała jednak, że wyniki będą opublikowane dopiero w następny czwartek. Na razie raport trafił do Sejmu, prezydenta, premiera i innych "odpowiednich instytucji".
Według RMF, zastrzeżenia NIK dotyczą zarobków Saryusza-Wolskiego z 2002 roku. Polityk był wtedy jednocześnie szefem fundacji "Natolin" i sekretarzem Komitetu Integracji Europejskiej. I właśnie z kasy komitetu przekazał kierowanej przez siebie fundacji 900 tysięcy złotych dotacji.
Ale to nie koniec. Rada fundacji podjęła decyzję, że będzie współpracować i płacić za usługi... Saryuszowi-Wolskiemu. Polityk miał przygotować prace badawcze w zakresie integracji europejskiej. Zapłatę od fundacji, której sam był szefem, dostał na podstawie umowy-zlecenia. Wygląda więc na to, że sam sobie przekazał pieniądze. A potem sam zlecił sobie pracę i wypłacił wynagrodzenie. I to niebagatelne, bo chodzi o 423 tysiące złotych.
NIK wylicza zastrzeżenia: nie było w ogóle procedury wyboru najkorzystniejszej oferty, nie zadbano o przejrzystość tej transakcji i nie dochowano zasad uczciwej konkurencji.
Polityk PO zaprzeczył wszystkim oskarżeniom. "To wierutna bzdura. Zarzuty są bezpodstawne, bo moje zatrudnienie w Centrum Europejskim <Natolin> było zgodne z prawem" - przekonywał dziś w Brukseli.
Jacek Saryusz-Wolski jest kandydatem Platformy Obywatelskiej na stanowisko szefa komisji spraw zagranicznych Parlamentu Europejskiego.