Alufelgi, klimatyzacja, przyciemniane tylne szyby, skórzana tapicerka, satelitarna nawigacja i potężny silnik pod maską. O takim aucie większość Polaków może jedynie śnić.
Jeszcze niedawno Łyżwiński nie miał żadnego samochodu. Nie przeszkadzało mu to jednak wyciągać z Sejmu kasę na paliwo. W samym tylko ubiegłym roku, razem z żoną wydał na benzynę astronomiczną kwotę 82.383 złotych. A to wszystko z naszych kieszeni, bo te pieniądze zwróciła Łyżwińskim Kancelaria Sejmu. Jak to możliwe? Łyżwiński przedstawił umowę dzierżawy starego poloneza, który to miał pochłaniać hektolitry paliwa. Samochodu nikt jednak nie widział na oczy. Nawet jeśli polonez istniał w rzeczywistości, to bohater seksafery musiałby tankować go codziennie za niemal 250 złotych i jeździć więcej niż taksówkarze.
Ciekawe, ile paliwa spali lśniące volvo, którym teraz rozbija się poseł? Sejm raczej nie ma co liczyć na oszczędności. Szczególnie że bohater seksafery musi często stawiać się w łódzkiej prokuraturze oddalonej od jego domu o kilkadziesiąt kilometrów. Ostatnio trasę do prokuratury Łyżwiński pokonał w poniedziałek. Po raz kolejny zeznawał przeciwko swojej dawnej asystentce Anecie Krawczyk.
"Pani Aneta K. znalazła sobie sposób na życie i uważała, że zarobi fortunę" - mówił poseł chwilę po przesłuchaniu. "A tu trzeba pracować. Biznesu nie zrobi się jednak na tyłku" - oświadczył Łyżwiński. Szkoda, że poseł nie dodał, że dobre interesy robi się na benzynie - komentuje "Fakt".