Nie wiadomo jeszcze, jak duża będzie baza amerykańska, jakiemu prawu podlegać będą marines i jak będą współpracować z polską armią. Jednak Lech Kaczyński nie chciał powiedzieć, kiedy dokładnie podpiszemy umowy z Amerykanami i kiedy zacznie się budowa. Obiecał też, że wkrótce rząd powie, gdzie ma stanąć instalacja, bo to już jest uzgodnione.
Kaczyński przekonywał, że to żadne zaskoczenie, bo gdyby Polska nie chciała u siebie tarczy, to w ogóle nie zaczynałaby negocjacji. Zapewniał, że amerykańskie rakiety na naszym terytorium to same atuty. Teraz Stany Zjednoczone w razie zagrożenia Polski będą miały dodatkową motywację, by zareagować natychmiast i ruszyć nam z pomocą.
Polski przywódca znów uspokajał Rosję, że tarcza nie jest dla niej zagrożeniem. "Tarcza nie zadziała przeciwko rakietom z Kaliningradu" - mówił Kaczyński na konferencji prasowej. "To broń defensywna" - mówił, po raz kolejny przypominając, że tarcza zadziała tylko wtedy, gdy to któreś z "państw zbójeckich" zdecyduje się zaatakować USA.
Lech Kaczyński dodał, że trzeba wspólnie walczyć z terroryzmem, a Polska na miarę swoich sił będzie w tej walce brała udział. "Możecie być pewni, że nasze siły będą działały tam, gdzie trzeba" - zapewnił Amerykanów prezydent.
Kolejna sprawa, o której rozmawiali przywódcy Polski i USA, to bezpieczeństwo energetyczne. Lech Kaczyński mówił wyraźnie, że Amerykanie nie wybudują nam rurociągów. Jednak to od tego, czy zapewnią spokój w krajach, przez które przejdą polskie rury, zależy, czy dostaniemy się do taniej ropy z Kaukazu, a nie z Rosji.
Podczas tej wizyty prezydenta w USA sprawa wiz zeszła na dalszy plan. Bo prezydent Kaczyński rozumie, że wszystko zależy od amerykańskiego Kongresu. Choć wsparcie takiego sojusznika, jakim jest prezydent USA, na pewno pomoże w zniesieniu ograniczeń wjazdu do Stanów.
"Dzisiaj Polacy chcą przyjeżdżać do Stanów Zjednoczonych z dwóch zasadniczo powodów. Po pierwsze dlatego, że bardzo wielu z moich rodaków ma tutaj rodziny, a po drugie dlatego, że Ameryka jest krajem ciekawym turystycznie. Tych, którzy przyjeżdżają tutaj pracować na czarno, naprawdę jest już niewielu" - mówił polski prezydent do amerykańskich senatorów.