powiedział Pieskow.
W poniedziałek podkomisja, działająca od lutego 2016 roku, przedstawiła wyniki badań przeprowadzonych w ciągu ostatniego roku. Podkomisja doszła do wniosku, że polski samolot prezydencki 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku został rozerwany eksplozjami w kadłubie, centropłacie i skrzydłach, a destrukcja lewego skrzydła rozpoczęła się jeszcze przed przelotem nad brzozą.
Komisja poinformowała, że 850 metrów przed lotniskiem, na wysokości powyżej 35 metrów, rejestrator ATM QAR zarejestrował "serię gwałtownych wstrząsów" samolotu, a dwie sekundy później system TAWS zanotował lądowanie (choć nie robił tego w kilkudziesięciu wcześniejszych lotach) i jednocześnie awarię podwozia, a czarne skrzynki - awarie radiowysokościomierzy. Sekundę później samolot miał zacząć gwałtownie opadać.
- poinformowała podkomisja na filmie.
skonkludowała podkomisja.
Poinformowała także, że jednym z najbardziej żmudnych etapów jej prac była identyfikacja, inwentaryzacja poszczególnych elementów Tu-154M oraz naniesienie ich na fotomapę terenu katastrofy. Następnie przygotowano animację ostatnich sekund lotu, uwzględniającą kolejność rozpadu poszczególnych fragmentów.
Podkomisja m.in. oceniła również, że zachowanie rosyjskich nawigatorów od samego początku odbiegało od przyjętych standardów, a także, że samoloty, które leciały do Smoleńska przed Tu-154M, były sprowadzane zgodnie z przepisami i ze starannością, zaś przy lądowaniu polskiego samolotu prezydenckiego panował chaos.
Szef podkomisji dr Wacław Berczyński powiedział w poniedziałek wieczorem w TVPInfo, że scenariusz wybuchu termobarycznego, jaki przedstawiła podkomisja, "mógł być; to znaczy w matematyce to się nazywa warunek konieczny i wystarczający; mogło tak być, ale nie możemy z całą pewnością powiedzieć, że tak było". Dopytywany, czy warunkiem koniecznym takich zniszczeń samolotu Tu-154, do jakich doszło w Smoleńsku, musiało być wystąpienie eksplozji, Berczyński odparł: "Prawie na pewno".