Dziennik Gazeta Prawana logo

Negocjacje unijnego budżetu skończą się najwcześniej za rok. Ale partie już dziś "zarządzają" pieniędzmi

20 maja 2019, 08:39
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Unijny budżet, zdjęcie ilustracyjne.
Unijny budżet, zdjęcie ilustracyjne./Shutterstock
Negocjacje unijnego budżetu na lata 2021–2027 skończą się najwcześniej wiosną 2020 r. Co nie przeszkadza partiom już dziś „zarządzać” pieniędzmi.

Zbliżające się eurowybory i zmiany, które nastąpią w składzie Komisji Europejskiej, mocno komplikują proces negocjowania kształtu przyszłej unijnej perspektywy finansowej. – – wskazuje jeden z rządowych urzędników, biorący udział w negocjacjach z KE. Przykładowo, już udało nam się wywalczyć, że z funduszy unijnych będzie można finansować infrastrukturę gazową w Polsce. – – tłumaczy nasz rozmówca.

Jak mówi Janusz Lewandowski, były komisarz UE ds. budżetu i programowania finansowego oraz kandydat Koalicji Europejskiej w tegorocznych wyborach w okręgu pomorskim, w UE rządzi zasada, że „nic nie jest bud żetowo uzgodnione, dopóki wszystko nie jest uzgodnione”. – – twierdzi Lewandowski.

Komisja wstępnie planowała, by w miarę możliwości zamknąć rozmowy techniczne z państwami członkowskimi do końca czerwca br., czyli jeszcze za prezydencji rumuńskiej. To oznaczałoby, że w drugiej połowie roku odbyłyby się właściwe negocjacje finansowe. W październiku odbędzie się szczyt szefów państw i premierów, a kolejny – przypieczętowujący porozumienie – w grudniu. To z kolei oznaczałoby, że ramy prawne i finansowe na nową perspektywę mielibyśmy uzgodnione na rok przed jej rozpoczęciem.

Ale już dziś wiadomo, że to bardzo optymistyczny scenariusz. –– mówi minister Jerzy Kwieciński.

Mimo tych komplikacji, nasz rząd próbuje negocjować. Dyskusje nad przyszłym budżetem unijnym toczą się od końca maja ub.r. Wtedy to Komisja Europejska (KE) wyszła z propozycją, która okazała się niekorzystna dla Polski i innych krajów naszego regionu.

W obecnej perspektywie na politykę spójności, której jesteśmy największym beneficjentem, zabezpieczono ok. 350 mld euro, co stanowi około jednaj trzeciej unijnego budżetu na lata 2014–2020. W latach 2021–2027 na politykę spójności KE chce przeznaczyć już tylko 330,6 mld euro, co – jak wskazuje minister Kwieciński – stanowić będzie mniej niż czwartą część całkowitego eurobud żetu (przy czym ten wzrośnie o 5 proc. w stosunku do obecnego). W konsekwencji stratna będzie też Polska, dla której propozycja brzmi: 64,6 mld euro z polityki spójności, co oznacza redukcję o ok. 20 proc. Cięcia będą jeszcze bardziej dotkliwe dla Węgier, Litwy, Estonii, Czech, Malty i Słowacji. Tam – zgodnie z propozycją KE – cięcia miałyby sięgnąć 22–24 proc.

Polski rząd ma trzy główne cele w trwających rozmowach. Pierwszy, to więcej pieniędzy na politykę spójności. Kłopot w tym, że KE chce kosztem właśnie tej polityki finansować nowe priorytety Unii (np. zwiększanie konkurencyjności, bezpieczeństwo, innowacje, ekologia), a takie naciski pojawiają się też ze strony państw płatników. Drugi cel to większa elastyczność w wydawaniu eurofunduszy. Nasze władze w rozmowach z KE wskazują np., że nie potrzebujemy zbyt wielu pieniędzy na walkę z bezrobociem, bo nie jest ono na tyle wysokie. Nie wiadomo jednak, czy taka strategia wpisze się w nowe „trendy” unijne (także w świetle kłopotów na rynku pracy państw południowej Europy). Trzeci priorytet dotyczy warunków finansowania unijnych projektów. Polska nie zgadza się na zmniejszenie intensywności pomocy (dziś projekt może otrzymać nawet 85 proc. dofinansowania unijnego, KE chce ten pułap obniżyć do 70 proc.) oraz wprowadzenie zasady N+2 (dziś jest N+3, co oznacza, że środki przyznane przez Brukselę w roku N muszą być wydane w ciągu trzech lat).

Mimo wielu znaków zapytania o budżet UE po 2020 r., partie biorące udział w wyborczym wyścigu składają – nieraz daleko idące – deklaracje dotyczące funduszy europejskich. I tak PiS chce utrzymania obecnego systemu w Polsce, w którym ok. 40 proc. dotacji dystrybuują samorządy. Nie wiadomo jednak, czy tak rzeczywiście będzie, bo partia jednocześnie chce dalej wzmacniać rolę rządu w tym zakresie. Po 2020 r. powstać ma np. ponadregionalny program operacyjny, z którego fundusze czerpać będą mogły regiony spełniające określone kryteria rozwojowe. Naturalne jest, że takim programem zarządzać raczej będzie administracja centralna. Z kolei PO-KO jest skłonne zwiększyć rolę samorządów. Chce też powiązać ich wypłatę z zasadą praworządności. Gdyby Bruksela zablokowała wypłaty – uznając, że kraj nie dotrzymuje tej zasady – do czasu wyjaśnienia sprawy pieniądze beneficjentom miałby wypłacać budżet państwa. Wiosna Roberta Biedronia proponuje wręcz rewolucję – chce dać samorządom bezpośredni dostęp do środków europejskich, z pominięciem władz centralnych.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj