Dyrektor oddziału Agencji Rynku Rolnego w Bydgoszczy podał się wczoraj do dymisji. "Moje postępowanie było naganne" - przyznał Adam Koc. To właśnie on był bohaterem prowokacji, którą przeprowadzili dziennikarze programu "Teraz my” w telewizji TVN. "Złożyłem rezygnację. Znam swoje miejsce w szeregu" - powiedział Koc. Prezes Agencji dymisje przyjął.

Reklama

W poniedziałkowy wieczór w TVN wyemitowano materiał, z którego wynika, że pracę w bydgoskim oddziale ARR można było załatwić w bardzo prosty sposób - wystarczyło zadzwonić do jego dyrektora i powołać się na znajomość z ministrem rolnictwa.

>>>Przeczytaj więcej o tym, jak załatwia się pracę w PSL

Zachowaniem Koca oburzony jest przede wszystkim koalicyjny partner ludowców. "Jest kilka spraw, także załatwianie roboty po znajomości, które będą wymagały bardzo konsekwentnego i twardego działania" - powiedział premier Donald Tusk. Wcześniej Zbigniew Chlebowski, szef klubu PO zapowiedział, że w stosunku do bydgoskiego urzędnika zostaną wyciągnięte surowe konsekwencje.

Tego zapału do karania Koca nie podziela jednak jego własna formacja. Podobnie było w przypadku, gdy DZIENNIK pisał o kolesiostwie i nepotyzmie w innych agencjach podległych ministrowi rolnictwa. Za każdym razem odpowiedź PSL była podobna: "Nie ma takiego problemu". Dziś prezes PSL Waldemar Pawlak o zachowaniu Koca mówi tylko "zwykła głupota”, a szef bydgoskich struktur partii, poseł Eugeniusz Kłopotek, broni już byłego dyrektora i nazywa go "młodym, skutecznym człowiekiem”.

Marcin Graczyk: Dlaczego broni pan Adama Koca?
Eugeniusz Kłopotek*:
Znam go od paru lat. To jeden z najzdolniejszych pracowników tej agencji. No stało się, chłopak popełnił błąd, ma teraz nauczkę na całe życie. Bronię go, bo mi go żal. Poza tym człowiek zachował się honorowo, podał się do dymisji i sprawa jest zamknięta.

A partyjnych kar nie będzie?
On to bardzo przeżywa, od poniedziałku strasznie dostał w kość. Nie ośmieliłbym się go teraz dalej karać. Uwierzył, że jest taki telefon i chciał tylko pomóc, tylko tyle.

To w takim pomaganiu nie ma nic złego?
Przez kilkanaście lat mojego funkcjonowania na stanowisku publicznym wykonałem kilka tysięcy takich telefonów do różnych prezesów, dyrektorów, burmistrzów, wójtów, prezydentów, wojewodów, w różnych ludzkich sprawach. Ja nawet bym zapytał Sekielskiego i Morozowskiego, jak oni trafili do TVN. Kto ich polecił prezesowi Walterowi? Na pewno tacy byli. To żart, ale takie jest życie.

Mówi pan, że pomagał wielu ludziom w znalezieniu pracy. Jak to było, dzwonił pan do swojego kolegi i mówił: "Słuchaj stary, mam tu takiego, co szuka roboty, może mu pomożesz?".
Tak, oczywiście! Przychodzą do mnie nieraz i mówią: "Studiowaliśmy razem, znamy się, nie mam pracy" - są różne przypadki. Pomagam też nie tylko tym, których znam. Nie patrzę wtedy, czy ktoś jest zielony, czerwony, czy czarny, ale jakie ma kompetencje. I kombinuję, gdzie tu mógłbym zadzwonić i poprosić o przyjecie tego człowieka na rozmowę. Dla mnie to jest zupełnie normalne.

I udało się panu w ten sposób załatwić komuś pracę?
Wielokrotnie.

A gdzie pan ta prace załatwiał?
Różnie, w instytucjach państwowych, samorządowych, a nawet w prywatnych firmach. Pomagałem zawsze, gdy była taka możliwość. Powiem więcej, dalej będę w ten sposób pomagał.

* Eugeniusz Kłopotek, poseł PSL