"Jest jeszcze za wcześnie, by zdecydować, czy w Libanie będą nasi żołnierze" - dyplomatycznie mówią władze w Ankarze. Wiedzą, że uczestnictwo w tej misji napiętnuje Turcję jako sojuszniczkę Izraela. A tego boi się każdy kraj, zwłaszcza taki, w którym większość to muzułmanie. Bo wtedy od razu znajdzie się na celowniku islamskich terrorystów, którzy przysięgają walkę z Izraelem i jego sojusznikami.

Bo pomysł wysłania do Libanu sił pokojowych wyszedł od Izraela. Premier Ehud Olmert uważa, że żołnierze powstrzymają Hezbollah od opanowania południowej granicy Libanu. Dlatego właśnie islamiści krzyczą, że siły pokojowe to sojusznicy Izraela, którzy wyrzucą "biednych" bojowników Hezbollahu z ich terenów. A te pokrzykiwania podchwyciła arabska ulica.

Tymczasem, gdy świat dyskutuje jak powstrzymać rozlew krwi, w Libanie wciąż trwają izraelskie bombardowania i ostrzał rakietowy Hezbollahu. Dziś w Hajfie od rakiet terrorystów rannych zostało 25 osób.