Pomysł rozmieszczenia na granicy izraelsko-libańskiej sił pokojowych poparła też amerykańska sekretarz stanu Condoleezza Rice. Do tej pory Amerykanie byli temu przeciwni.
Pomysł popiera też Izrael, ale pod jednym warunkiem: muszą być zdolne do walki i rozbrojenia terrorystów. "Potrzebujemy międzynarodowych sił, które miałyby zdolności operacyjne" - mówi premier Izraela Ehud Olmert.
Sformowanie międzynarodowych sił gotowych do konfrontacji ze stronami konfliktu jest jednak mało prawdopodobne. Bo niewiele krajów będzie chciało wysyłać swoich żołnierzy do walki z terrorystami.
Izrael chce zakończyć operację na swój sposób. Stanie się to po tym, jak armia ustanowi w południowym Libanie strefę bezpieczeństwa o szerokości dwóch kilometrów, która byłaby wolna od Hezbollahu. Izraelska ofensywa może potrwać kilka tygodni.