Gdyby nie nieoczekiwane wypadki w ubiegłym tygodniu, moglibyśmy świętować 10-lecie niezwykle udanej misji. 7 listopada 1996 roku rakieta nośna wyniosła Surveyora z przylądka Cannaveral w przestrzeń kosmiczną. Trzysta dni później satelita zabrał się za parkowanie na orbicie Marsa. Ciekawy jest sposób, w jaki sonda wykonała to niełatwe zadanie. Najpierw użyła silników rakietowych, by wyhamować lot i dała się złapać grawitacyjnemu polu planety.
Satelita był wyposażony w aparat fotograficzny i wiele innych instrumentów pomiarowych: spektrometr, wysokościomierz laserowy, magnetometr. Zawdzięczamy mu między innymi dziesiątki tysięcy
zdjęć powierzchni Marsa i pierwszą trójwymiarową mapę bieguna planety. To Mars Global Surveyor pomógł opisać marsjańskie burze piaskowe, a także wyjaśnił, czym była tajemnicza
"marsjańska twarz". Ale tydzień temu sonda zamilkła.
Nieszczęścia nic nie zwiastowało. Drugiego listopada naukowcy z NASA polecili Surveyorowi obrócić baterie słoneczne w stronę Słońca. Satelita odpowiedział: "Mam kłopoty z
silnikiem, poruszającym panelami, przełączam się na silniki rezerwowe". Trzeciego i czwartego dnia panowała cisza. Piątego Surveyor nadał ostatni komunikat, zresztą nie wróżący
żadnych kłopotów: "czekam na instrukcje" - pisze DZIENNIK. Później zapadła głucha cisza...