Rzeczywistość, jak to bywa, jest nieco bardziej skomplikowana niż wypowiedzi prezydenta USA. Jego sztab wyborczy na pewno miał kontakty z Rosjanami, nawet jeśli nie miały one charakteru spiskowego. Wiele osób z nim związanych zachowało się niegodnie i popełniło przestępstwa, jak choćby Paul Manafort, którego Mueller prześwietlał pod kątem spotkań z rosyjskim wywiadem, a który skończył z wyrokiem czterech lat więzienia za oszustwa finansowe.

Co więcej, w sprawie kolejnego zarzutu wobec Trumpa, który Mueller miał za zadanie przebadać, a mianowicie utrudniania pracy organom sprawiedliwości, raport jest niekonkluzywny i pozostawia ocenę materiału dowodowego Departamentowi Sprawiedliwości.

Ale centralny fakt pozostaje faktem: spisku jako takiego, wedle najlepszej wiedzy, jaką dziś mieć możemy, nie było. Nie było spotkań Trumpa z Putinem w ciemnych, wypełnionych papierosowym dymem pomieszczeniach (jeżeli ktoś tak sobie właśnie wyobraża spisek). Nie było nocnych telefonów na linii Moskwa – Mar-a-Lago; nikt nie meldował Kremlowi wykonania zadania.

Amerykańscy demokraci prawie dwa lata czekali na raport, który miał przynieść polityczną sprawiedliwość i nadać ich wrogości wobec prezydenta głęboki wymiar, ale Święty Mikołaj okazał się skąpy i zamiast iPhone’a dostali tylko kilka cukierków i rózgę. Polowanie na czarownice – przekonywali republikanie z obozu Trumpa i, jak się okazało, nie było to całkiem niewłaściwe określenie.