Opór przeciwko dyktatorskim zapędom Chaveza w ostatnich tygodniach przybierał na sile. Wczoraj ulice Caracas zapełniły się ponadstutysięcznym tłumem powiewającym żółto-niebiesko-czerwonymi flagami i transparentami z krótkim komunikatem "NO!”. "Walczymy o demokrację!" - krzyczał do kolegów-studentów Freddy Guevara. "Jeśli wszyscy pójdą zagłosować, wygramy!" - przekonywał. Tłum odpowiadał okrzykiem "Nie, nie, nie”, bo tak uczestnicy manifestacji zamierzają w niedzielę odpowiedzieć na referendalne pytania Chaveza, który chce uzyskać aprobatę rodaków dla zmiany konstytucji.

Gra toczy się o wielką stawkę - jeśli Chavez wygra, to już bez przeszkód będzie mógł wprowadzać w życie swój "socjalizm XXI wieku”. W tym planie dla siebie zarezerwował miejsce prezydenta-przywódcy narodu rządzącego nieograniczoną liczbę kadencji, kontrolującego Bank Centralny i powołującego lokalne władze. W zamian lud dostanie sześciogodzinny dzień pracy i - dzięki pęczniejącej kasie z petrodolarami - coraz bardziej szczodre zasiłki i darmową opiekę medyczną. A jeśli naród się zbuntuje, Chavez wówczas wprowadzi stan wyjątkowy i pozamyka nieprzychylne mu media. Wszystko zgodnie z prawem.

Ale lud, choć zeszłym roku z entuzjazmem wybrał 53-letniego byłego podpułkownika na drugą - i teoretycznie ostatnią - kadencję, teraz nie już pewien, czy chce mieć takiego lidera przez kolejne 20 lat. "Choć nie sądzę, że wszystko, co Chavez do tej pory zrobił, jest złe, to jednak nie lubię, gdy władza staje się wszechmocna" - te słowa jednej z uczestniczek demonstracji w Caracas nie są w dzisiejszej Wenezueli odosobnione. Sondaże też nie sprzyjają Chavezowi - wprawdzie panująca jeszcze dwa tygodnie temu przewaga przeciwników zmian w konstytucji teraz niemal wyrównała się ze zwolennikami prezydenta, to przecież nie przywykł on do takiego braku zaufania.

Dlatego swoich oponentów, którzy demonstrowali wczoraj, pogardliwie nazwał małymi bogatymi dzieciakami. Bo prezydent wierzy, że to poparcie mieszkańców slumsów i chłopów z prowincji, których pozdrawia okrzykiem "Ojczyzna, socjalizm albo śmierć”, wystarczy, aby wygrać. "Chavez ma ogromne wyczucie tłumów i mediów, dlatego potrafi uwieść biedotę, obiecując jej złote góry. To kłamca i oportunista, ale jednocześnie genialny strateg. Na tym opiera się jego popularność" - mówi DZIENNIKOWI Alejandro Botillo, redaktor wenezuelskiej gazety "Tal Qual”.

Siłą Chaveza jest też słabość wenezuelskiej opozycji, skłóconej i podzielonej, dzięki czemu w parlamencie zasiadają tylko popierające go partie. Kontroluje również administrację - swoimi ludźmi obsadził centralną komisję wyborczą, co stawia pod znakiem zapytaniem bezstronność tej instytucji. "Jeśli będziesz próbował oszukiwać, lud wyjdzie na ulice, by bronić uczciwości wyborów, naszego kraju i wszystkiego, w co wierzymy!" - ostrzegał wczoraj Henrique Capriles, mer jednej z dzielnic Caracas.

A analitycy podkreślają, że mimo ogromnej propagandowej machiny, jaką Chavez i jego ludzie uruchomili przed referendum, po raz pierwszy nie sposób przewidzieć wyniku głosowania. Jeśli prezydent wygra, to nie dlatego, że lud popiera zmianę konstytucji. "Jeśli zwycięży, to zapewne dlatego, że ludzie zagłosują po prostu na niego jako wciąż popularnego lidera kraju" - uważa Luis Vicente Leon, szef centrum sondażowego Datanalisis.