Szef białoruskiej administracji chciał przekonać się o nieprzerwanym poparciu Moskwy, z kolei Kreml skonkretyzował cenę za takie wsparcie.

Reklama

W przeciwieństwie do niedawnej wizyty rosyjskiego premiera Michaiła Miszustina, który przywiózł do Mińska dwóch wicepremierów i kilku ministrów, Łukaszenka przybył na rozmowy sam. W rezydencji Boczarow Ruczej prezydentom towarzyszyli jedynie ambasadorowie obu państw Dmitrij Mieziencew i Uładzimir Siamaszka, którzy w razie potrzeby mieli służyć szczegółami. Mieziencew podczas poprzedniego spotkania z Łukaszenką podarował mu reprint XIX-wiecznego atlasu, zaznaczając, że wówczas białoruskie gubernie należały do Rosji. Siamaszka również ma opinię twardego negocjatora, a obok funkcji ambasadora – co rzadkie w światowej dyplomacji – powierzono mu też pełnomocnictwa wicepremiera ds. relacji z Rosją.

Łukaszenka starał się o to spotkanie właściwie od początku protestów, czyli od 9 sierpnia, jednak Władimir Putin – choć szybko uznał podważane przez opozycję i obserwatorów wyborcze zwycięstwo kolegi – przyjął pozycję wyczekującą. By zachęcić go do szybszego spotkania, Mińsk proponował nawet przyspieszenie ceremonii uruchomienia budowanej przez Rosjan elektrowni atomowej w Ostrowcu. Ostatecznie, gdy zmalało ryzyko szybkiego upadku Łukaszenki, Putin zdecydował się przyjąć go w Soczi.

Rzecznik Putina Dmitrij Pieskow mówił przed spotkaniem agencji TASS, że obie strony „kontynuują pracę nad kwestiami białoruskich długów, mapy drogowej integracji, cen dostarczanych na Białoruś surowców energetycznych, przyszłości naszej integracji, współpracy ogromnej liczby przedsiębiorstw”. Wcześniej Pieskow zapewniał, że nie należy spodziewać się podpisania jakichkolwiek dokumentów. Z jego słów wynika jednak, że Kreml zdecydował się powiązać kwestię dalszej pomocy Łukaszence od zgody na przyspieszoną integrację w wersji – o czym świadczy nawiązanie do mapy drogowej – proponowanej w 2019 r.

Ówczesny rząd Dmitrija Miedwiediewa przedstawił wtedy pomysł przekazania części pełnomocnictw organom ponadnarodowym białorusko-rosyjskiego Państwa Związkowego, uzależniając od jego realizacji zielone światło dla korzystnych dla Mińska cen ropy i gazu. Siamaszka mówił, że szczegóły pomysłu Miedwiediewa doprowadziłyby do rezygnacji Białorusi z 80 proc. suwerenności. Łukaszence udało się wówczas storpedować te pomysły, jednak w kontekście trwających od ponad miesiąca masowych protestów jest dziś słabszy niż na początku roku.

Z lektury rosyjskiej prasy i analiz eksperckich wynika, że najsilniejszych nacisków Kremla należy się spodziewać pod koniec roku. To w IV kwartale Mińsk musi znaleźć równowartość 2 mld dol. na zrefinansowanie długu i porozumieć się co do cen rosyjskich surowców, a wszystko to w sytuacji malejącej wewnętrznej legitymacji reżimu i izolacji na Zachodzie, pozbawiającej białoruskie władze dotychczasowego pola manewru. Wczoraj Putin obiecał Łukaszence kredyt wart 1,5 mld dol.

„Niezawisimaja gazieta” sugeruje, że poza stawianymi na przełomie 2019 i 2020 r. żądaniami tym razem może dojść kolejne. Rosjanie po 2013 r. regularnie stawiali na porządku dziennym propozycję budowy pełnoprawnej bazy wojskowej na terytorium Białorusi (dotychczas utrzymują tam dwa obiekty wojskowe).

W ostatnich dwóch, trzech latach te żądania nieco przycichły, ale teraz Moskwa może do nich wrócić, i to w rozszerzonej formule, z utworzeniem wspólnej armii włącznie. Już dziś oba państwa są najsilniej zintegrowane w płaszczyznie militarnej, a na wypadek wojny, zgodnie z podpisanymi porozumieniami, białoruskie jednostki byłyby podporządkowane rosyjskiemu dowództwu.

Wcześniej serwis Sputnik Biełaruś, kontrolowany przez władze w Moskwie, pisał, że skoro Łukaszenka publicznie mówi o strachu przed NATO, to nie powinien się sprzeciwiać rosyjskim bazom. Tę narrację kontynuuje „Niezawisimaja…”, przypominając, że na prośbę Mińska Putin stworzył rezerwę policji, która w razie potrzeby – choć byłaby to ostateczność – może pomóc Łukaszence w tłumieniu protestów. „Armia i inne formacje zbrojne, które w postradzieckich czasach działały na Kaukazie Północnym, mają w tej sferze ogromne doświadczenie” – czytamy.

Równolegle rozpoczęły się dwustronne, regularnie organizowane ćwiczenia „Sławianskoje bratstwo” (braterstwo słowiańskie). Mieli w nich brać udział także Serbowie, ale Belgrad zrezygnował z wysłania żołnierzy. Na poligonie w graniczącym z Polską Brześciu ćwiczy m.in. 300 rosyjskich komandosów z Pskowa, wśród nich wojskowi z doświadczeniem z Syrii. Oficjalnie manewry mają charakter antyterrorystyczny i Rosjanie nie zostaną wykorzystani do wewnętrznych starć z opozycją.