Dyspozytorka razem z lekarzem odmówili wysłania w środku nocy karetki do gorączkującego dziecka. Poradzili dzwoniącemu po pomoc ojcu dziewczynki, by sam zawiózł ją do odległego o 22 kilometry szpitala. Nie wzruszyło ich, że rodzice dziecka nie mają samochodu.

Na szczęście większą wrażliwością wykazali się policjanci. Zaalarmowani przez babcię dziewczynki, natychmiast przysłali radiowóz. I nim dziecko pojechało do szpitala.

"Moi pracownicy nie popełnili żadnego błędu" - mówi "Dziennikowi Bałtyckiemu" Beata Groth, dyrektor Pogotowia Ratunkowego w Pruszczu Gdańskim. "Pomocy przeziębionemu dziecku powinien udzielić lekarz nocnej opieki chorych. Każdy lekarz podstawowej opieki zdrowotnej ma podpisaną umowę na takie usługi" - tłumaczy.

Jednak innego zdania jest pomorski lekarz wojewódzki Jerzy Karpiński. Mówi on gazecie, że nawet jeśli objawy zgłaszane pogotowiu uznano za błahe, należało wysłać karetkę, a stan niemowlęcia powinien ocenić lekarz lub ratownik medyczny.

Dzięki pomocy lekarzy i policjantów dziewczynka czuje się dobrze.