Andrzej Jeziorski*: Pewnie pośmiejemy się z narodowców, jak to chcieli coś udowodnić Polakom, ale jak zwykle im nie wyszło.
Z 18 tysięcy lotników, którzy walczyli dla Królewskiego Lotnictwa, zostało nas około tysiąca. Z tych pamiętających akcje Dywizjonu 303 żyje już tylko dwóch – ciężko chory
pułkownik Martel i mieszkający w Kanadzie generał Sawicz.
Dopiero w 1942 roku, miałem wtedy 21 lat. Wcześniej przez dwa lata byłem w armii – w broni pancernej.
Nie, niestety. Oficjalnie dołączyłem do składu latającego rok później, czyli w 43. Musiałem, jak to się mówiło, przejść okres „nabijania ręki”, czyli szkolenie. I
kiedy gen. Władysław Sikorski odwiedził dywizjon w 1942 roku, ja trenowałem na wellingtonie nad Nottingham. To właśnie na takich wellingtonach latałem, kiedy nasz dywizjon przeniesiono do
lotnictwa obrony wybrzeża. Było to na archipelagu Hebrydów na Oceanie Atlantyckim. Zostaliśmy przydzieleni do nużących lotów patrolowych w poszukiwaniu niemieckich okrętów podwodnych,
U-Bootów. Namierzenie łodzi podwodnych to było jak szukanie igły w stogu siana!
Świetnie, oni bardzo ciepło nas przyjęli. Musieliśmy się oczywiście "dotrzeć", poznać trochę ich kulturę i język, bo na początku porumiewaliśmy się trochę na migi.
Ale po jakimś czasie piliśmy razem herbatki, piwo i graliśmy w szachy oraz brydża. No i były też kobiety, WREN-ki, czyli pomocnicza kobieca formacja Royal Navy. Pamiętam, że na jednej ze
stancji był cały szwadron Polek, którymi dowodziła panna Ujejska, córka generała. Miło było porozmawiać z nimi po polsku, pośmiać się.
Spotykamy się w naszym gronie często. Nawet dzisiaj mamy wspólny, lotniczy posiłek.
*płk Andrzej Jeziorski, prezes Fundacji Stowarzyszenia Lotników Polskich oraz były pilot bombowca w Dywizjonie 304 im. Ziemi Śląskiej